Boks to nasza wspólna pasja

Patronat medialny





 



fightklub

Pobierz pasek ringpolska.pl

Kto jest online?

Odwiedza nas 11174 gości oraz 104 użytkowników.

W Poznaniu odbyła się konferencja prasowa, w trakcie której kancelaria reprezentująca Andrzeja Gołotę poinformowała o pozwie przeciwko Jarosławowi Sokołowskiemu, ps. Masa. Świadek koronny utrzymuje, że walka Gołota - Michael Grant z 1999 roku była ustawiona. Gołota żąda przeprosin - podał Onet.pl.

"Masa" w rozmowie z dziennikarzami oświadczył wcześniej, że wedle jego wiedzy autorem pomysłu na "ustawkę" był Andrzej Kolikowski, ps. Pershing, a całe przedsięwzięcie miało przynieść zysk wysokości 7 milionów dolarów. 

Jak informuje Onet, na konferencji prasowej w Poznaniu adwokaci Marek i Grzegorz Szwoch, którzy reprezentują Andrzeja Gołotę, poinformowali o przesłaniu "Masie" wezwania "do usunięcia skutków naruszania dóbr osobistych". W imieniu boksera, żądają przeprosin i stwierdzenia, że wypowiedzi nt. walki Gołota-Grant były "nieprzemyślane", a oskarżenia - "niezasadne". Adwokaci wezwali ponadto "Masę" do zapłaty 10 tysięcy złotych na rzecz Fundacji im. Feliksa Stamma "Stamm Boks Promotion".

Jarosław Sokołowski w odpowiedzi na zarzuty Gołoty zapowiedział złożenie pozwu o zniesławienie przeciw Marioli Gołocie. - Nie pozwolę, by nazywano mnie kłamcą - powiedział. "Masa" oznajmił ponadto, że wytoczy proces Marcinowi Najmanowi, który w rozmowie z Faktem nazwał go "zerem".

Więcej o sprawie Gołota - Sokołowsi na Onet.pl >>

26 czerwca o godz. 16.30 w poznańskiej restauracji Ławica odbędzie się konferencja prasowa, podczas której pełnomocnicy Andrzeja Gołoty poinformują o krokach prawnych, jakie czterokrotny pretendent do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej zamierza podjąć przeciwko Jarosławowi Sokołowskiemu, znanemu jako "Masa".

W oświadczeniu wydanym przez spólkę EIG Buchalter czytamy: "Gołota uważa, że został pomówiony przez Jarosława Sokołowskiego ps. Masa, który w wywiadach prasowych zarzucił mu ustawienie wraz z grupą przestępczą zwaną gangiem pruszkowskim walki bokserskiej z Michaelem Grantem w Atlantic City w 1999 roku. Tego rodzaju kłamstwa, godzące w dobre imię wybitnego polskiego sportowca, jakim jest Andrzej Gołota, nie mogą zostać bez odpowiedzi. O tym jaka to będzie odpowiedź dowiedzą się Państwo na naszej konferencji prasowej."

Walka Gołoty z Grantem zakończyła się wygraną przez techniczny nokaut Amerykanina. Polak rzucał swojego przeciwnika na deski na początku walki, jednak w końcowych starciach najpierw sam był liczony, a potem zrezygnował z rywalizacji.

W ubiegłym tygodniu "Przegląd Sportowy" opublikował rozmowę z Jarosławem Sokołowskim ps. "Masa", w której były gangster grupy pruszkowskiej a obecnie świadek koronny opowiada m.in. o tym, jak zapamiętał znajomość z Andrzejem Gołotą. Małżonka czterokrotnego pretendenta do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej Mariola Gołota w wywiadzie dla Sporteuro.pl skomentowała rewelacje "Masy".

- Miała Pani okazję kiedykolwiek poznać Masę?
Mariola Gołota: Widziałam go raz w życiu. To był 1998 rok. Czas promocji książki Andrzeja. Wybraliśmy się z mężem do restauracji i ktoś wskazał mi go palcem. Masa stał przy wejściu do lokalu. Wyglądało to dziwnie, jakby był tam bramkarzem. Kiedy nas zobaczył, oddalił się. To była cała nasza znajomość. Jeżeli pokazałby mi Pan teraz go na zdjęciu, pewnie bym go nie poznała.

Masa twierdzi, że odwiedzaliście z mężem jego klub, kultową Planetę.
"Odwiedzaliśmy" to za dużo powiedziane. Byliśmy tam raz. W latach dziewięćdziesiątych była to modna dyskoteka. Któregoś wieczoru wybraliśmy się tam ze znajomymi. To miejsce jednak zupełnie nie przypadło mi do gustu. Szybko wyszliśmy. (...)

"Na początku lat 90. Andrzej Gołota działał w grupie złodziei kieszonkowych na Dworcu Centralnym w Warszawie. Później zajmowała się ona także handlem narkotykami. Podlegali pod Pershinga. Gołota został rozpoznany przez Masę na zdjęciach znalezionych w mieszkaniu jednego z szefów gangu"  to fragment artykułu z 2004 roku. Zarzut chyba dla Pani szczególnie bolesny.
W ciągu 7 lat kariery amatorskiej, Andrzej walczył 111 razy - średnio co trzy tygodnie. Ciężko trenował zarówno w Warszawie, jak i na obozach, które odbywały się w różnych częściach polski. W latach osiemdziesiątych był utytułowanym zawodnikiem. Mistrzem Polski, Europy, brązowym medalistą olimpijskich. Wielokrotnie pokazywała go telewizja. I niby w wolnych chwilach biegał po Dworcu Centralnym z grupą przestępczą?! Przecież jego twarz znała cała Polska. To niedorzeczne.

Pani mąż dobrze znał Pershinga? Panowie przyjaźnili się?
Pershinga widziałam w życiu trzykrotnie. Bliskich znajomych widuje się raczej częściej, prawda? Na pewno był wielkim kibicem Andrzeja. Potrafił przyjechać do Stanów tylko po to, żeby zobaczyć w akcji swojego idola. Andrzej go lubił, ale to była taka luźna znajomość. Nie utrzymywali ze sobą stałego kontaktu. Nie powierzali sobie żadnych tajemnic. Mąż miał w życiu tylko jednego przyjaciela. Zmarł wiele lat temu. Od tego czasu z nikim nie nawiązał bliższej relacji. Andrzej spotykał się z różnymi ludźmi. Pershing nie rzucił mi się jakoś specjalnie w oczy. O tym, że pojawił się na wrocławskiej gali i walce z Timem Witherspoonem wiedziałam tylko ze słyszenia. Nie przypominam sobie, abym go widziała. Co innego rok później w Atlantic City. Pershing wyróżniał się wtedy z tłumu. Zwracał na siebie uwagę ze względu na nietypowy ubiór. Miał czarne zamszowe buty z takimi charakterystycznymi pętelkami z tyłu. Do tego czarna koszula, ciemne zamszowe spodnie i okulary w złotych oprawkach. Przed walką Andrzej dostrzegł go na korytarzu. Przywitali się. Pershing zdawał się być w dobrym humorze.

Humor znacznie pogorszył mu się pewnie po zakończeniu pojedynku. Porażka Andrzeja kosztowała go 80 tysięcy dolarów.
Pershing do Atlantic City nie przybył sam. Jak cień chodził za nim pewien jasnowidz (Krzysztof Jackowski - przyp. red.). Gdy się widzieliśmy przedstawił go nam. Przyjaciel Pershinga wyglądał na przestraszonego. Wielki świat wyraźnie go przytłaczał. Te wszystkie piękne dywany, kryształy na suficie. W przeciwieństwie do Pershinga nie znajdował się w swoim żywiole. Martwiłam się o męża, dlatego spytałam go o przebieg walki. Niestety, nie chciał mi nic powiedzieć (śmiech).

Mąż zyskał sympatię Pershinga, ponieważ wcześniej był jego ochroniarzem?
Początkowo krążyła wersja, że Andrzej był ochroniarzem Pershinga w latach dziewięćdziesiątych, co oczywiście prawdą być nie mogło. W 92 roku mąż miał już na koncie około dziesięciu zawodowych walk. Wszystkie stoczone w Stanach. Czy ktoś rozsądny jest w stanie przypuszczać, że Andrzej, który wczesną wiosną 91’ wyleciał za ocean, później ukradkiem wracał do Polski tylko po to, by być ochroniarzem Pershinga? Tu naprawdę trzeba mieć dużą wyobraźnię. W rzeczywistości mąż opuścił ojczyznę kilka miesięcy po naszym ślubie, a wrócił do niej dopiero w styczniu 1997 roku. W tamtym czasie odbywała się rozprawa związana z Włocławkiem.

To prawda, że po awanturze we włocławskiej restauracji "Zazamcze" Andrzej, pragnąc wywinąć się wymiarowi sprawiedliwości, ukrywał się w rezydencji Pershinga?
Szczerze mówiąc, nie znajduje powodu dla którego musiałby to robić. Jakiś już czas temu pewien starszy pan, uznawany za prekursora polskiego dziennikarstwa śledczego, stwierdził że wielokrotnie bywał u Pershinga i widział jak Andrzej, nie robiąc sobie nic z szeroko zakrojonych poszukiwań Policji i Prokuratury, beztrosko pluska się w basenie. To ciekawe. Szczególnie, że list gończy został wysłany dopiero po tym jak mąż nie stawił się na rozprawę w listopadzie 90 roku. W kwietniu Andrzeja nie było już w Polsce. Zatem, jak to wszystko fizycznie mogło być możliwe?

Między bajki można włożyć więc opowieści Masy o tym, że Pershing pomógł "Andrew" uciec z kraju? Mąż wcale nie musiał uciekać?
W czym Pershing miałby mu niby pomóc? Wzięliśmy ślub w październiku 1990 roku. Tuż po ceremonii złożyliśmy papiery w amerykańskiej ambasadzie. Osobiście poprosiłam o zmianę nazwiska, z panieńskiego na Gołota, po czym wróciłam do Stanów. Andrzej natomiast, został wezwany na rozmowę z panią konsul. Musiał przejść normalną procedurę. Taką samą jak każdy obywatel Polski, który pragnie wyjechać do Stanów. Każdy, który pozostaje w związku małżeńskim z Amerykanką lub Amerykaninem. Mąż musiał odczekać swoją kolejkę. Cała procedura trwała około 4-5 miesięcy. Finalnie Andrzej otrzymał zieloną kartę, jej numer został wbity w jego paszport. Następnie kupił bilet, wybrał się na Okęcie i wyleciał do Stanów, celem stałego pobytu. Prozaiczna historia, bez żadnych sensacyjnych wątków.

Koronny Masa to dla Pani świadek wiarygodny?
Wodzi media za nos. Gdy wyszło na jaw, że w latach dziewięćdziesiątych mojego męża nie było w Polsce - a co za tym idzie nie mógł być ochroniarzem Pershinga - zaczął przebąkiwać coś o końcówce lat osiemdziesiątych. To takie bezustanne lawirowanie. Masa łatwo sprzedaje podobne historie. Bez przerwy manipuluje informacjami. Ciężko jest uwierzyć w cokolwiek, co wypływa z jego ust. W końcu tyle razy już kłamał…

Cała rozmowa z Mariolą Gołotą na Sporteuro.pl >>


- Spadł mi kamień z serca. To definitywny koniec kariery Andrzeja. Ta walka była takim podsumowaniem jego kariery. Andrzej w ostatnich miesiącach zdał sobie sprawę - jako sportowiec - z tego, że przygotowanie do dwunastorundowego pojedynku wymagałoby ostrych treningów przez cztery-pięć miesięcy. A takiego reżimu nie wytrzymałby jego organizm. Tym samym koło się zamknęło - powiedziała Mariola Gołota, żona znakomitego pięściarza Andrzeja Gołoty, po pożegnalnej walce męża z Danellem Nicholsonem w Częstochowie.

Tomasz Kalemba: Spadł pani kamień z serca po tej ostatniej walce męża?
Mariola Gołota: Tak. Ta walka teoretycznie miała być pokazowa, spokojna i ładna. Chyba jednak nikt tak do końca nie wierzył w to, że właśnie tak będzie. Wystarczyłaby mała iskra zapalna i obaj panowie mogliby rozpocząć walkę jak przed szesnastu laty. Dlatego zarówno ja, jak i żona Danella Nicholsona, byłyśmy takie trochę przerażone, a kiedy to się skończyło, to byłyśmy szczęśliwe i zadowolone.

Nerwy były takie same jak w czasie walk o stawkę?
Zawsze są nerwy, kiedy mąż wchodzi do ringu. Tyle tylko, że przy tych poważnych walkach zaczynały się one znacznie wcześniej. W starciu z Nicholsonem pierwszy raz w życiu wyszłam z szatni do ringu z Andrzejem. Nigdy wcześniej mąż się nie zgodził na to.

Większe wzruszenie było, kiedy widziała pani męża w ringu w czasie pożegnalnej walki, czy kiedy słyszała niesamowite owacje na cześć Andrzeja Gołoty?
Cieszyłam się z tego wspaniałego dopingu, ale też od razu pomyślałam, że im jest on większy, tym Andrzej będzie chciał się bardziej pokazać. Nie chciałam, żeby w ringu zaczęła się wojna. A do tego wystarczy sekunda.

Czy w tych ostatnich godzinach przed walką mąż był bardzo zdenerwowany?
Nie. Był jednak rozdrażniony, bo zmagał się z przeziębieniem. Nie chciał brać antybiotyków, żeby nie osłabić organizmu. Nie ukrywam, że martwiłam się trochę o to, żeby choroba go nie rozłożyła.

Podobało się pani pożegnanie męża z ringiem?
To było najpiękniejsze pożegnanie, jakie widziałam. Wszystko było znakomicie zorganizowane i do tego ta publiczność.

Andrzej Gołota zostawił sobie jakąś furtkę czy to jest jednak definitywny koniec jego kariery?
Myślę, że definitywny koniec. Ta walka była takim podsumowaniem jego kariery. Andrzej w ostatnich miesiącach zdał sobie sprawę - jako sportowiec - z tego, że przygotowanie do dwunastorundowego pojedynku wymagałoby ostrych treningów przez cztery-pięć miesięcy. A takiego reżimu nie wytrzymałby jego organizm. Tym samym koło się zamknęło.

Macie już zaplanowaną przyszłość?
Tak. Życie z dnia na dzień. A może los nam coś przyniesie, bo Andrzej ma do tego szczęście. Liczę zatem na niego (śmiech).

A może rola trenera to zadanie dla Andrzeja Gołoty?
Jeśli Pan Bóg ześle mu takiego chłopaka, u którego Andrzej zobaczy błysk w oku i straszliwą ambicję, to myślę, że zająłby się albo prowadzeniem treningów, albo w charakterze menedżera. Na pewno sprawdziłby się w boksie od tej innej strony, bo przecież przeszedł tę całą drogę. Może kiedyś w gymie, albo na jakiejś gali, ktoś taki wpadnie w oko Andrzejowi. To musi być jednak osoba, która nie boi się poświęcić na trening dwanaście godzin dziennie, bo Andrzej właśnie tak trenował. Mąż najbardziej by się ucieszył, gdyby to był zawodnik z Polski.

To znaczy, że częściej będziecie teraz bywać w Polsce?
Na pewno będziemy przyjeżdżać do kraju, bo dla Andrzeja każda wizyta w Polsce to jest dla niego ogromna radość. Uwielbia spacerować po ulicach Warszawy.

Wczoraj na gali w Częstochowie pożegnalną walkę stoczył czterokrotny pretendent do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej Andrzej Gołota (41-9-1, 33 KO), który po czterorundowym pojedynku z Danellem Nicholsonem zakończył swoją przygodę z zawodowym boksem.

Andrzej Gołota (41-9-1, 33 KO) pokazową walką z Amerykaninem Danellem Nicholsonem (42-5, 32 KO) zakończył bokserską karierę. Czterorundowy pojedynek w Częstochowie nie był punktowany.

W połowie ostatniej rundy wszyscy wstali ze swoich miejsc. Bijąc brawo skandowali "dziękujemy, dziękujemy!". Piękniejszego zakończenia kariery Andrzej Gołota nie mógł sobie wymarzyć. W Częstochowie w pojedynku z Danellem Nicholsonem po raz ostatni obejrzeliśmy w akcji najwybitniejszego zawodowego polskiego pięściarza w wadze ciężkiej.

Marcin Najman cztery miesiące temu wpadł na pomysł, by zorganizować Gołocie pożegnalną walkę. Andrzej i jego żona Mariola zgodzili się pod warunkiem, że nie będzie to starcie na śmierć i życie. Nie było sędziów, werdyktu. Ale nikomu to nie przeszkadzało.

Doping sześciotysięcznej publiczności był ogłuszający. "Andrzej, Andrzej" niosło się z trybun przez cztery rundy. Mocnych ciosów nie było zbyt wiele, ale nie o to chodziło. Kibice byli wniebowzięci, że jeszcze raz mogli zobaczyć Endrju w akcji.

- Przed czwartą rundą powiedziałem: "Andrzej, to twoja ostatnia runda. Baw się dobrze - powiedział Najman.

Po ostatnim gongu wszyscy zaczęli śpiewać "sto lat". Na ring wniesiono ogromny tort, który bohater wieczoru pokroił szablą otrzymaną w prezencie, a spod dachu posypało się konfetti. Gołota i Nicholson dostali okazałe puchary.

Wzruszona była Mariola Gołota. - To była niezwykła walka. W tym tygodniu Andrzej po raz pierwszy powiedział mi, że to pożegnanie z karierą. Mam nadzieję, że dotrzyma słowa - powiedziała żona pięściarza.

Tak samo uważa Andrzej, choć w rozmowie z nami, pół godziny po walce, trochę się przekomarzał. Pytany przez Fakt, czy kończy karierę, odparł: - Przez 33 lata trenowania boksu trochę się zmęczyłem. Ale jak odpocznę, pomyślę.

Zaraz jednak dodał: - żartuję oczywiście. Nie kuście, nie wrócę.

O boksie przeczytasz także w "Przeglądzie Sportowym" >>

Podczas gali w Częstochowie oficjalnie z zawodowymi ringami pożegnał się czterokrotny pretendent do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej Andrzej Gołota. "Andrew" stoczył pokazowy pojedynek ze swoim byłym rywalem Danellem Nicholsonem. Ringowi weterani jak na swoje lata pokazali się z całkiem niezłej strony, przeboksowując cztery rundy w dość żwawym tempie. Ostatnie sekundy walki toczone były przy gromkich okrzykach kibiców na cześć Gołoty. Wcześniej pod Jasną Górą rozegrano kilka zawodowych pojedynków. Wyniki poniżej...

Robert Parzęczewski (6-0, 3 KO) zastopował w trzeciej rundzie Rusłana Rodiwicza (13-12, 13 KO), zdobywając wakujący pas World Boxing Foundation International wagi półciężkiej. 

Częstochowski ciężki Marcin Siwy (10-0, 4 KO) zwyciężył jednogłośnie na punkty Artsioma Czarniakiewicza (1-7, 1 KO). Boksujący w wadze średniej Łukasz Wawrzyczek (20-3-2, 3 KO) pokonał przez techniczny nokaut w szóstej rundzie Andrieja Dołhożijewa (7-9-1, 5 KO).

W pojedynku w kategorii półśredniej Dawid Kwiatkowski (8-2-1, 3 KO) po słabym występie zremisował z Andriejem Staliarczukiem (11-23-3, 2 KO).

Częstochowa. Wczesny poranek. Z hotelu wychodzi Danell Nicholson i rusza przed siebie. Rywal Andrzeja Gołoty nie marnuje ani chwili. Chce jak najlepiej przygotować się do sobotniej walki. Już za dwa dni pożegnamy w ringu Gołotę. Podczas częstochowskiej gali organizowanej przez Marcina Najmana polski pięściarz zmierzy się z Amerykaninem w czterorundowym pojedynku, który nie będzie punktowany. Wczoraj byliśmy świadkami porannej przebieżki Nicholsona, który w naszym kraju czuje się coraz lepiej, choć jeszcze niedawno miał obawy, czy zdąży dobrze przygotować się do walki. Był otyły i wolny. Okazuje się, że zrzucił kilkanaście kilogramów. Werwy mu nie brakuje.

– Niech Gołota się mnie obawia, bo forma rośnie. Poza tym wszystko mi się w Polsce podoba: ludzie, jedzenie. Jestem głodny boksu i szykuję niespodziankę dla Andrew w ringu. Nie możecie tego przegapić! – zachęca Nicholson.

Amerykanin jest gotów na prawdziwy boks. Podobnie do sobotniej potyczki podchodzi Gołota, który też zrzucił kilka kilogramów. – Po tym co robiłem na sparingach, nie wygląda jakbym szykował się na pokazową walkę – odgraża się Andrzej. Obaj mieszkają w tym samym hotelu i wczoraj mieli odpoczywać. Postanowili jednak pobiegać. W tajemnicy przed rywalem. Gołota wychodząc na poranny bieg minął się w drzwiach ze swoim przeciwnikiem, który właśnie wracał z joggingu. – Żarty się skończyły. Obaj zapewniają, że będą boksować na całego. Trenują trzy razy dziennie i robią wszystko, by przechytrzyć rywala. Szykuje się wielka walka – zapowiada Najman.

Gołota wejdzie do ringu w rytm utworu Syzyf hip-hopowej grupy Projekt Nasłuch. W ten sposób odda cześć zmarłemu miesiąc temu autorowi piosenki Radkowi Orzeuowi. Muzyk był członkiem składu Projekt Nasłuch. Kochał rap i boks. Syzyf został zainspirowany karierą Gołoty. Orzeu był jego fanem i marzył, by kiedyś przy jego muzyce Andrzej wchodził do ringu. Nie doczekał tego. Zmarł w wyniku wylewu krwi do mózgu. Poruszony śmiercią rapera Gołota zdecydował się na pożegnalną walkę wejść właśnie w rytmie tego utworu. Transmisja gali w TVP Sport i TVP1.

O boksie przeczytasz także w "Przeglądzie Sportowym" >>

Z pełną powagą Andrzej Gołota (41-9-1, 33 KO) traktuje pożegnalną walkę, którą w najbliższą sobotę stoczy z Danellem Nicholsonem (42-5, 32 KO). Marcin Najman, organizator gali "Fight Night 9: Gołota vs. Nicholson – Pożegnanie", chciał, by pięściarze trochę się zrelaksowali i zaprosił ich do zabawy polegającej na lataniu w tunelu aerodynamicznym. Gdy Gołota i Nicholson usłyszeli, że nawet dwuminutowy lot w strumieniu powietrza o prędkości dochodzącej do 300 km/h zakwasza mięśnie, odmówili.

Obaj w sobotę w Częstochowie staną do 4-rundowego pojedynku, którego sędziowie nie będą punktować. Widać jednak, że Polak i Amerykanin traktują to wyzwanie bardzo poważnie. – Co z tego, że to walka pokazowa? To jest boks, wydarzyć może się wszystko – podkreśla Gołota. – Będzie dobra walka. Ciągle wiele potrafię, Andrew przekona się, że jestem mocny. Jeszcze się zdziwi – zapowiada Nicholson.

W sobotę w południe obaj stanęli twarzą w twarz na konferencji prasowej i robili groźne miny. Dało się dostrzec, że w ostatnich tygodniach zrzucili sporo kilogramów. Mimo że w ich pojedynku nie zostanie ogłoszony zwycięzca, jeden i drugi chcą pokazać, że nie zapomnieli, jak się boksuje. Zwłaszcza Nicholson, który po raz ostatni walczył w grudniu 2003 roku. Przegrał wówczas przed czasem z Władymirem Kliczką. – Martwicie się, że miałem długą przerwę? Odpocząłem i pokażę dobry boks. Tego się nie zapomina. Ciągle wiele potrafię. Do Polski przyleciała z mną żona, dzięki niej czuję się jeszcze lepiej – powiedział Amerykanin.

W naszym kraju jest też Oliver McCall. "Atomowy Byk" w tym roku dwa razy walczył w Polsce z Marcinem Rekowskim (zwycięstwo i porażka). Tym razem występuje w roli trenera Nicholsona. On razem z Najmanem zdecydowali się na latanie w tunelu aerodynamicznym. Gołota i Nicholson mieli niezłą zabawę patrząc, jak ich koledzy radzą sobie z huraganowym wiatrem. W sobotę to oni będą w centrum uwagi.

O boksie przeczytasz także w "Przeglądzie Sportowym" >>

ISSN: 2082-9760

Najnowsze komentarze