Boks to nasza wspólna pasja

Patronat medialny





 



fightklub

Pobierz pasek ringpolska.pl

Kto jest online?

Odwiedza nas 13364 gości oraz 87 użytkowników.




W dniu wczorajszym, 17.grudnia zmarł w wieku niespełna 65 lat członek Polskiego Wydziału Boksu Zawodowego, delegat medyczny podczas gal pięściarstwa zawodowego - dr. Lech Mizarewicz.

Leszek był wielkim entuzjastą boksu, znał doskonale historyczne wydarzenia polskiego, a w szczególności toruńskiego pięściarstwa. Z dumą wspominał osiągnięcia miejscowych zawodników, którzy odnosili sukcesy na arenie międzynarodowej, również najlepsze lata toruńskiego Pomorzanina.

Znaliśmy się stosunkowo niedługo, ledwie pięć lat, ale ten czas wystarczył, aby Leszek dał się poznać jako Człowiek pogody ducha i wielkiego serca, Postać wszystkim niezwykle życzliwa i pomocna. Szybko zyskał nie tylko akceptację, ale wręcz przyjaźń pięściarskiego środowiska. Dał się również poznać jako znawca sztuki; malarstwa, muzyki, literatury, poezji, sam pisywał wiersze. Żegnaj Przyjacielu, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach. Najbliższym Leszka składamy wyrazy głębokiego współczucia.

W najbliższą sobotę, 20 grudnia o godz. 12 w Kościele Najświętszej Marii Panny (ul. Panny Marii 2 - Rynek), w Toruniu zostanie odprawiona msza święta, po której nastąpi wyprowadzenie na miejscowy cmentarz.

Patrząc na wyniki polskich pięściarzy o znanych nazwiskach, ostatnie miesiące na plus może ocenić tylko Andrzej Fonfara (przegrał w walce o pas z Adonisem Stevensonem, ale zebrał pozytywne oceny), Artur Szpilka i Mariusz Wach. Reszta polskiej czołówki w weryfikacji z najlepszymi na świecie okazała się bezradna. - Weryfikacja okazała się bolesna - ocenia współwłaściciel grupy Sferis KnockOut Promotions Andrzej Wasilewski.

Ostatnie miesiące w polskim boksie są raczej smutne. Lista poległych jest bardzo długa. Ostatnim był Paweł Głażewski, który przegrał z Jurgenem Brähmerem w ciągu kilkudziesięciu sekund, nie zadając wcześniej nawet ciosu.
Andrzej Wasilewski:
Kibice i media często nawoływały do weryfikacji naszych pięściarzy. Miało to sprawić, że nasz sport jeszcze bardziej się uwiarygodni. I rok 2014 był taką weryfikacją polskiego podwórka boksu zawodowego. Zgodnie z tym, co każdy fachowiec wiedział wcześniej, weryfikacja ta okazała się bolesna dla większości. Bo powiedzmy sobie szczerze – nie jesteśmy wielką potęgą sportową w żadnej dyscyplinie. Boks zawodowy i tak się bardzo pozytywnie wyróżnia, mamy kilku ciekawych zawodników. Można ich jednak policzyć na placach jednej ręki. Kolejnych kilkunastu ma zapewnione takie warunki, których zawodnicy tej klasy nigdzie indziej by nie mieli. Jedną z przyczyn, dla których się zgadzałem na niektóre weryfikacje to fakt, że kilku zawodnikom poprzewracało się kompletnie w głowach. Uwierzyli, że mają umiejętności absolutnie mistrzowskie i mieli jeszcze większe żądania finansowe. Skoro więc mieli takie przekonania, udzielali niemiłych dla nas wywiadów... to proszę, daliśmy szansę na sprawdzenie się. Zresztą, czas był najwyższy, bo niektórzy mieli po 30 czy 40 walk, ale unikali wyzwań. Przyjmowali walki i się wycofywali albo w ogóle nie przyjmowali ofert, a krzyczeli, że chcą odejść bo nie dostają wielkich szans.

Sporo tych rozczarowań.
Najbardziej przeżyłem trzy. Największym była porażka Krzysztofa Włodarczyka w Moskwie z Grigorijem Drozdem. Doskonale wiedzieliśmy, jaki jest stan psychiczny Diablo. Wiedzieliśmy, że jego życie prywatne jest całkiem rozwalone. Fizycznie był gotowy, ale na poziomie mistrzowskim nie da się wygrywać bez odpowiedniej psychiki. Przesuwaliśmy więc to starcie jak najdłużej się dało, ale w końcu federacja WBC zagroziła, że zabiorą nam pas. Musieliśmy więc jechać do Moskwy. Jak się skończyło, wiedzą wszyscy.

Kto następny?
Andrzej Wawrzyk w walce o mistrzostwo świata w wadze ciężkiej z Aleksandrem Powietkinem. Świetny Rosjanin, mistrz świata i mistrz olimpijski był faworytem, ale liczyliśmy, że Andrzej pokaże więcej. Zrobił jednak niewiele. Kolejny to Dawid Kostecki. Oczywiście nie porównuję stawki, bo Dawid w Krakowie walczył z Andrzejem Sołdrą w zwykłej walce 8-rundowej. Nie wierzyłem w jego mało wiarygodne wypowiedzi, że siedząc w więzieniu zbudował lepszą formę niż na wolności. Zaprezentował się fatalnie, w skali szkolnej zasłużył na pałę. Był zadufany w sobie, nie tylko w mediach. Chciał walczyć 10 rund, a miał sił na 3. Przegrał też Paweł Kołodziej z Denisem Lebidiewem. Paweł sam chciał tej walki, właściwie wybrał sobie rywala. Efekt też wszyscy widzieli. Podobnie było z Grzegorzem Proksą. To bardzo ciekawy i utalentowany zawodnik, ale chyba za bardzo zajął się biznesem. Cenię go, ale chyba jego najlepszy czas się skończył.

I na koniec Paweł Głażewski. Przegrał walkę o pas z Jurgenem Brähmerem nie zadając ciosu.
Postawił w trudnej sytuacji promotorów. Głównie Tomasza Babilońskiego, który go promuje od początku, ale i mnie oraz Piotra Wernera, którzy go wspołpromują od roku. Bo co można zrobić po takiej walce?

Okazało się, że król jest prawie nagi.
Nie przesadzałbym. Po pierwsze rozmawiamy o całym polskim boksie. Po prawdopodobnym zakończeniu kariery przez Tomasza Adamka nie ma dzisiaj nikogo w szerokiej światowej czołówce, kto nie byłby jakoś związany z nasza grupa Sferis KnockOut Promotions. Od lat nie walczymy o pozycję numer jeden w Polsce, tylko rozwijamy całą dyscyplinę. To dzięki nam pojawiają się mniejsze grupki, bo to my budujemy pozycję boksu. Każda stacja telewizyjna, która chce transmitować dużą liczbę gal, musi mieć nazwiska, które dają nadzieję i budzą emocje. W najbliższych dniach, możliwie pilnie, będę chciał spotkać się z dyr Marianem Kmita szefem sportu w Polsacie, naszego wieloletniego partnera i porozmawiać o planie na przyszły rok. Uważam, że weryfikacja poszła za daleko, a takie walki jak ta Pawła Głażewskiego, są antypromocją boksu. Powiedziałem już Tomaszowi Babilońskiemu, że gdybym wiedział jak skończy się walka, w ogóle bym jej nie zaproponował. Jakieś pieniądze zarobił pan Głażewski, promotorzy, czyli my również, ale generalnie to większa strata promocyjna. Porażka jest w definicji sportu, ale trudno wyobrazić sobie gorszy styl.

Co dalej? Dzisiaj nie ma pan zbyt wielu pięściarzy, którzy mogą występować w walkach wieczoru. Czekamy na to, co wydarzy się z Krzysztofem Włodarczykiem, jest Artur Szpilka, który szuka własnej drogi i... to tyle.
Sferis KnockOut Promtotions ma się dobrze i tego typu problemów nie ma. Wraca Andrzej Wawrzyk. Ma dopiero 25 lat, co na wagę ciężką jest wiekiem juniorskim. I liczę, że po raz pierwszy będzie fizycznie gotowy. Rok przerwy po wypadku samochodowym, który ledwo przeżył, spędził na pracy i wzmocnił się bardzo pod względem fizycznym. Dzisiaj to koń ! Artur Szpilka stał się w Polsce naprawdę solidną firmą, wreszcie poziom sportowy doścignął jego popularność medialną. Jest Diablo, damy szansę Dawidowi Kosteckiemu. Znamy jego sytuację życiową, a poza tym, myśląc biznesowo, zainwestowaliśmy w niego ogromne pieniądze. Płaciliśmy mu pensję nawet, gdy siedział dwukrotnie w więzieniu. Mamy więc czterech, czyli jest nieźle. A dochodzą jeszcze kolejni, choćby Marcin Rekowski czy Łukasz Janik. Ten ostatni może toczyć emocjonujące walki, ale musi sobie poukładać życie. W drodze są Przemek Runowski, Marek Matyja czy Krzysiek Kopytek... Problem jest z tym, co będzie za kilka lat.

Co dalej z tym naszym boksem?
Chciałbym, żeby wszyscy w środowisku zrozumieli jedną rzecz – aby coś osiągnąć, trzeba wziąć pięciu zawodników, płacić im pensję, dwa razy w roku wysyłać na obozy, a przez resztę czasu skoszarować w gymie. Dać odżywki, odnowę biologiczną, fizjologa, dietetyka, najlepszego lekarza... Milionowe koszty, a być może po 4-5 latach inwestycji jeden z nich coś osiągnie. Tak wyhodowaliśmy między innymi Włodarczyka czy Szpilkę. Inaczej się w Polsce nie da. Na Ukrainie czy w Rosji jest fantastyczny materiał ludzki, u nas tego brak.

Zapis pełnej rozmowy z Andrzejem Wasilewskim w "Przeglądzie Sportowym" >>


Podczas gali w duńskim Albertslund, Łukasz Wawrzyczek (20-4-2, 3 KO) uległ jednogłośnie na punkty faworytowi miejscowej publiczności - Patrickowi Nielsenowi (23-1, 11 KO). Choć walka nie potoczyła się po myśli oświęcimianina, jest on jednak zdania, iż dystans 10 rund z utalentowanym Duńczykiem zaowocuje w przyszłych zawodowych występach.

Kamil Kierzkowski: Jak oceniłbyś swój występ?
Łukasz Wawrzyczek
: Myślę, że poprawnie. Na pewno mogło jednak być lepiej. Krzywdy zrobić sobie nie dałem. Jak na cztery tygodnie przygotowań, to myślę, że było ok. Szkoda przegranej, lecz z drugiej strony walka z takim przeciwnikiem to konkretna dawka doświadczenia. Na pewno zaowocuje to w przyszłości.

- Jaki był Wasz plan na walkę? Co udało się zrealizować, czego niestety nie?
- Plan był taki, by boksować z kontry i wychwytywać wszystkie błędy Patricka. Jak się okazało - on przyjął taką samą taktykę na walkę, więc przypominała ona trochę szachy. Przewalczyłem cały dystans i na pewno wyniosłem z tego coś dla siebie. Nie sztuką jest dostawać za wszelką cenę po głowie. Zdrowie ma się tylko jedno.

- Walka z Nielsenem kończy Twój 2014 rok w boksie?
- Tak, dokładnie. Czas na zasłużony odpoczynek. Czas pobyć z najbliższymi, zregenerować organizm. No i oczywiście, jak to przy świętach, solidnie się najeść [śmiech].

- Kiedy więc spodziewać się Ciebie w ringu?
- W tej chwili nie mam żadnych planów. Daję sobie chwilę na odpoczynek i w 2015 roku ruszamy solidnie do przodu.

Na gali w duńskim Albertslund Łukasz Wawrzyczek (20-4-2, 3 KO) uległ jednogłośnie na punkty faworytowi miejscowej publiczności Patrickowi Nielsenowi (23-1, 11 KO).

Pojedynek nie należał do widowiskowych, bo obaj pięściarze od pierwszej rundy boksowali bardzo bojaźliwie, cierpliwie czekając na błędy rywala. Większość udanych akcji notował jednak na swoim koncie walczący z odwrotnej pozycji Duńczyk, który wykorzystując przewagę warunków fizycznych i szybkości udanie trzymał Polaka na dystans.

Wawrzyczek przycisnął w dwóch ostatnich odsłonach i kilka razy niegroźnie trafił Nielsena, ale po ostatnim gongu sędziowie nie mieli żadnych wątpliwości i zgodnie wypunktowali wygraną niedawnego pretendenta do pasa WBA Interim wagi średniej 98-93, 100-90, 99-91. 

Wcześniej w Albertslund startujący w wadze półciężkiej Erik Skoglund (22-0, 11 KO) pokonał po kontrowersyjnej decyzji sędziów punktowych (97-93, 98-92, 97-93) rutynowanego Glena Johnsona (54-20-2, 37 KO).

Łukasz Wawrzyczek (20-3-2, 3 KO) okazał się nieznacznie lżejszy od Patricka Nielsena (22-1, 11 KO) podczas oficjalnej ceremonii ważenia przed galą w duńskim Albertslund. Polak wniósł na wagę 73,3 kg, zaś Duńczyk 73,8 kg. Dla Nielsena będzie to pierwszy pojedynek od czerwcowej porażki z Dmitrijem Czudinowem o tymczasowy pas mistrzowski WBA. Transmisja gali od godz. 19.00 w Polsat Sport.

63,0 kg ważyła dziś Ewa Brodnicka (5-0, 2 KO) przed jutrzejszą walką w Radomiu z Galiną Gumliiską (10-34, 1 KO). Rywalka Polki zanotowała 63,35 kg.

ISSN: 2082-9760

Najnowsze komentarze