onet.pl sport



Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 


4 września na gali w słoweńskiej Lublanie boksujący w kategorii półśredniej Rafał Jackiewicz (36-9-1, 18 KO) przegrał na punkty z faworytem miejscowej publiczności Dejanem Zaveckiem, tracąc tym samym szansę na zdobycie jako czwarty Polak w historii zawodowego mistrzostwa świata. - Mówi się, że nie jest ważne, jak upadasz, ale ważne jest jak wstajesz. A ja nawet nie upadłem, po prostu przyklęknąłem. Nie poddam się - zapewnia w wywiadzie dla ringpolska.pl "Wojownik", dodając, że jest już gotów na kolejne duże wyzwania.

- Ciężko było pozbierać się po porażce z Zaveckiem?
Rafał Jackiewicz:
Tydzień żałoby i się pozbierałem... Już jest dobrze, normalnie, ale wiadomo, że serce boli, bo przegrałem walkę. Nie ma już o czym mówić. Przepraszam tylko tych, którzy we mnie wierzyli, dziękuję moim trenerom i promotorom i obiecuję, że jeszcze stoczę niejedną dobrą walkę i jeszcze namieszam w boksie.

- Po walce wyglądałeś na mocno opuchniętego. Szybko się tego zagoiło?
RJ:
To nie była opuchlizna, raczej obcierki - rękawice były małe, Zaveck bił mocno, ale to naprawdę było tylko pościerane. Miałem jeszcze pękniętą powiekę, na trzy szwy, ale po trzech dniach praktycznie nie było żadnego śladu.

- Znalazłeś siłę, by obejrzeć pojedynek z Zaveckiem?
RJ:
Oglądałem tylko kawałek, jeszcze nie teraz... Wiem, że przegrałem, co tu dużo mówić. Dałem z siebie wszystko w tamtym momencie. Nie mogłem zrobić więcej, byłem bezradny, chociaż miałem świetne przygotowania, byłem w świetnej formie. Co zawiodło? Jedyne wyjaśnienie jest takie, że przed walką siedziałem na Słowenii sześć dni. Odpoczywałem, za bardzo się wyluzowałem. To wszystko, w co się wkręcałem od kilku miesięcy, zeszło ze mnie. Pamiętam, że jak wcześniej opowiadałem o tej walce, aż przechodziły mnie dreszcze. I to wszystko gdzieś uciekło. Za dużo było odpoczynku, za dużo spokoju, ja tak nie mogę. W moim życiu musi się ciągle coś dziać, taki już jestem.
- Czyli wniosek na przyszłość - takie długie obozy, wyciszenie, to nie jest dla ciebie dobry pomysł...
RJ:
Najgorsze było te sześć dni na Słowenii. Było jak w sanatorium - cisza, spokój, odpoczynek, spacerki, leżenie w pokoju - nudy. Nie mogłem się wkręcić w walkę. Dodatkowo przytłoczyło mnie wszystko, co wziąłem sobie na głowę. W ringu nic mi nie wychodziło, byłem po prostu bezsilny. Ja po walce nawet nie wiedziałem, co mam powiedzieć - przecież przygotowania były takie świetne, a wyszło jak wyszło... Nie poddaję się jednak, walka to jest moje życie, walczę dalej...

- Jest w tobie teraz taka mocna determinacja, by wrócić tam, skąd spadłeś?
RJ:
Mówi się, że nie jest ważne, jak upadasz, ważne jest jak wstajesz. A ja nawet nie upadłem, po prostu przyklęknąłem. Te trzy miesiące treningów na pewno nie pójdą na marne i na pewno zaowocują w następnych walkach. Zresztą powiedziałem promotorowi, że nie chcę teraz żadnego pojedynku "na przetarcie", bo nie mam czasu na przetarcia. Chcę mocnego zawodnika, żeby piąć się w rankingach i może kiedyś dostać kolejną szansę. Ja naprawdę się nie poddaję.

- Wracając do walki z Zaveckiem, co się dokładnie stało? Nie czułeś siły w nogach, w rękach? Nie było widać twojej szybkości z poprzednich pojedynków...
RJ:
Nie czułem siły w głowie, bo nie byłem w stanie się zmobilizować do tego, co miałem robić. Byłem świetnie przygotowany, wiedziałem, co mam robić w ringu, czego nie robić, jednak robiłem dokładnie odwrotne rzeczy. Chodziło o głowę. Ta cisza i spokój mnie zabiły. Ja jestem takim chamem, taką wszą – to jest mój główny atut obok serca do walki i umiejętności. W tej walce zabrakło mi tej iskry, tego jaja. Ja wyszedłem, odwaliłem pańszczyznę i poszedłem do domu. Byłem bezradny. Naprawdę wierzyłem we wszystko, co mówiłem przed walką i nie cofnąłbym teraz tych słów.

- Zaveck bił mocniej niż w pierwszej walce? Wydawało się, że obawiasz się wejść z nim w wymianę cios za cios...
RJ:
Bił mocniej, ale ja się niczego nie obawiałem, po prostu nie mogłam się zebrać. Zaveck szedł na mnie odkryty, ze szczęką do góry – wiedziałem, co mam zrobić, a jednak tego nie robiłem, bo nie mogłem. Ludzie mówią, że to może przez szóstą rundę z Rodriguezem, może przez dużą widownię. Nieprawda i mówię to szczerze - ja czułem się bezsilny, bezradny. Trener próbował mnie pobudzić, trochę się na mnie wkurzał, miał rację, ale ja wtedy nie mogłem nic więcej z siebie dać, bo dałem z siebie wszystko co mogłem w tamtej chwili.

- Wiadomo, kiedy wrócisz na ring?
RJ:
Chciałbym zaboksować osiem lub dziesięć rund 20 listopada, a potem na początku roku może promotorzy coś wykombinują. Będzie wakujący tytuł mistrza Europy, ja jestem pierwszy w rankingu, challengerem jest Leonard Bundu  - możemy ze sobą walczyć o pas. Zobaczymy, co wymyślą promotorzy, ja jestem w każdej chwili gotowy na każda walkę, potrzebuję tylko 6-7 tygodni na przygotowania. Zobaczycie - to będzie znów ten prawdziwy Jackiewicz, taki jak przez ostatnie dwa lata, a nie spokojny, cichy uśmiechnięty chłopak.

Rozmawiał: Piotr Momot, ringpolska.pl{jcomments on}