Patronat medialny


 


- Naprawdę jestem mocno naładowany energią i już nie mogę doczekać się soboty, wejścia do ringu i konkretnego pojedynku - zapowiada w rozmowie z Interia.pl Mariusz Wach, który w sobotę na gali w Londynie zmierzy się z Hughiem Furym. Transmisja na platformie DAZN.

Skoro pan mówi o tak bojowym nastawieniu i kumulacji energii, to lepszego przesłania do kibiców w Polsce nie trzeba wysyłać.
Mariusz Wach: Te założenia, które mamy, mają być zrealizowane, a nie pozostać tylko na papierze. Nastawiam się, że w ringu będzie wojna i za wszelką cenę będę chciał wyrwać mu to zwycięstwo. Doskonale wiem, że wygrywając taką walkę otworzą się przede mną naprawdę fajne pojedynki.

Ewentualne zwycięstwo znów ustawi pana w kolejce do tytułu mistrza świata.
Oczywiście, przecież to bardzo wysoko notowany zawodnik. Wielu fachowców mówi, że to być może najgorszy stylowo dla mnie rywal. I to prawda, ale z drugiej strony stanąłby naprzeciwko mnie ktoś inny z czołówki, to również byśmy wyszukiwali jego mocne strony. Na takim poziomie z kimkolwiek nie przyszłoby mi walczyć, można by było analizować, o ile jest szybszy i jak bardzo ma silny cios. Na poziomie walki z najlepszymi nie ma co kalkulować. Trzeba wejść do ringu i walczyć.

A zostawiając z boku bardzo niewygodny styl Fury’ego, to nie jest tak, że mierząc się w przeszłości już z groźniejszymi rywalami, automatycznie ma pan lepsze nastawienie i czuje się pewniej?
Na pewno, to też ma znaczenie. Hughie walczył na przykład z Aleksandrem Powietkinem i tam niemal wszystkie rundy wygrał Rosjanin. Z kolei moja walka z Powietkinem, mimo że wyszedłem do niego z poważną kontuzją, początkowo była naprawdę wyrównana. I to mnie dobrze nastawia, bo wiem, że on męczył się z tym przeciwnikiem, podczas gdy ja, choć też przegrałem, mógłbym spisać się dużo lepiej gdyby nie kontuzja. Poza tym niedawno walczyłem przecież też z Jarrellem Millerem i Dillianem Whytem, którzy z pewnością są o wiele silniejszymi i bardziej niebezpiecznymi zawodnikami od niego. On o tym doskonale wie. Fury zdaje sobie sprawę, że w sobotę przyjdzie mu zmierzyć się z mocnym zawodnikiem, który nie pęka na robocie. I to z pewnością siedzi mu z tyłu głowy.

Pełna treść artykułu na Interia.pl >>