Patronat medialny


 


Promowany przez grupę Global Boxing Promotions, polski "ciężki" Mariusz Wach (24-0, 12 KO) w zeszłym roku zdecydował się, iż swoją dalszą karierę sportową będzie prowadził na terenie Stanów Zjednoczonych. W rozmowie z ringpolska.pl pochodzący z Krakowa pięściarz, podzielił się m.in wrażeniami ze współpracy z nowym sztabem szkoleniowym, opowiedział o swoich planach na przyszłość, a także zdradził dlaczego przestał być "Polskim Olbrzymem".

Minęło już ponad pół roku od momentu, kiedy wyjechałeś do USA, by tutaj kontynuować swoją karierę. Powiedz, jak się zaaklimatyzowałeś w nowych warunkach, jak podsumujesz ten okres?

Myślę, że to czas przede wszystkim dobrze wykorzystany. Zdobyłem wiele doświadczenia poprzez współpracę z dobrymi trenerami, ciekawymi sparingpartnerami. Tutaj są inni ludzie, dbający o mnie, chętnie pomagający. Naprawdę nie mogę narzekać.

Kolejną walkę miałeś stoczyć w czerwcu, jednak wiemy już, że do niej nie dojdzie. Wiadomo coś na temat nowej daty, miejsca bądź stawki twojego kolejnego pojedynku?

Są przymiarki bym zawalczył w połowie lipca. Starcie dziesięcio, bądź dwunastorundowe. Nie wiem jeszcze czy stawką będzie należący do mnie pas WBC Baltic.

W jakiej fazie treningu się obecnie znajdujesz?

Póki co koncentrujemy się przede wszystkim nad szybkością, wytrzymałością., techniką Dużo biegam, miałem też dwa, trzy luźniejsze sparingi. Jeszcze przyjdzie czas na cięższe treningi.

Twoim szkoleniowcem przestał być bardzo dobry niegdyś bokser, Michael Moorer. Jakie były powody rozstania? Oficjalnie mówiło się o pewnych problemach osobistych, z którymi borykał się twój były już trener.

To nie za bardzo zależało ode mnie. Moi menadżerowie podjęli taką decyzję. Ja potrzebuje kogoś, kto byłby ze mną w zasadzie cały czas. By już po zakończeniu danej walki, dalej ze mną pracował nad ulepszaniem mojego boksu. Michael po pojedynkach zaraz wyjeżdżał do siebie, pilnować własnego biznesu, swoich spraw. Nie był w stanie poświęcić mi tyle czasu ile bym chciał.

Michaela Moorera, w roli twoich trenerów zastąpili bracia de Leon. Jak ocenisz te pierwsze chwile spędzone z nowym sztabem szkoleniowym i jakie są różnice w porównaniu z treningami prowadzonymi przez Moorera?

Tak samo są bardzo wymagający. Przykładają dużą uwagę do detali, typu: odpowiednie dokręcanie stopy, ciosu. Pracujemy nad tym by moje uderzenia były dynamiczniejsze, by miały większą siłę oddziaływania na rywala. Podoba mi się to w jaki sposób pracują ze mną.

Przydomek ringowy, to co prawda trzecioplanowa kwestia, jednak w twoim przypadku jego zmiana, wywołała trochę zdziwienia i dyskusji. Dlaczego przestałeś być "Polskim Olbrzymem" a stałeś się "Wikingiem" ?

Wspólnie z moim promotorem, Mariuszem Kołodziejem, podjęliśmy taką decyzję. Nie mogłem się przyzwyczaić do "Polskiego Olbrzymia" - brzmiało to dla mnie co najmniej dziwnie. Pomyślałem, że skoro przeprowadziłem się już do Stanów, rozpocząłem nowy etap w życiu, to i zmiana przydomka będzie takim jakby symbolem. A, że na swoim ciele mam wytatułowanych Wikingów, to postanowiliśmy, że zostanę właśnie "Wikingiem" (śmiech).

Otrzymałeś nie tak dawno propozycję walki z jednym z bardziej obiecujących pięściarzy kategorii ciężkiej, Robertem Heleniusem. Twoi opiekunowie zdecydowali się jednak odrzucić tę ofertę. Gdybyś dzisiaj nie miał mocnego zaplecza promotorskiego zapewne wziąłbyś tę walkę w ciemno, nie zważając zbytnio na krótki czas przygotowań?

Pewnie wziąłbym. Ale teraz mam promotorów, którzy mają jakieś oczekiwania wobec mnie, planują przyszłość, chcą mnie doprowadzić do odpowiedniego poziomu, gdzie będę mógł już walczyć o większą stawkę i lepsze pieniądze. Tego typu wyjazd, jak ten do Niemiec, to zawsze ryzyko, trzeba by tam wygrać najprawdopodobniej przed czasem. Zresztą warunki finansowe jakie zaproponowano nam, też jakoś nie rzucały na kolana.

Swego czasu, były rywal Tomasza Adamka, Jason Estrada, powiedział, iż twój obóz negocjował z nim, waszą ewentualną wspólną potyczkę. Faktycznie były takie rozmowy?

Coś słyszałem, ale prawda jest taka, że dzisiaj jest cała masa menadżerów, którzy wydzwaniają do Mariusza Kołodzieja z propozycją by ich zawodnik spotkał się ze mną w ringu. Od tego mam jednak swoich promotorów, by ci odpowiednio zatroszczyli się o mnie. Można wyjść do ryzykownej walki za stosunkowo niewielkie pieniądze, tylko nie o to tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Rzecz w tym by opłacało się to nam wszystkim: zarówno mi, jak i moim opiekunom.

We wrześniu, Tomasz Adamek spróbuje pokonać Witalija Kliczko i sięgnąć po tytuł w trzeciej kategorii wagowej. Sądzisz, że Polak będzie w stanie sprawić niespodziankę i pokonać faworyzowanego rywala?

Zarówno Kliczko jak i Adamek posiadają swoje atuty. Trzeba pamiętać, że Ukrainiec ma już swoje lata i nigdy nie wychodził do ringu z pięściarzem o takim charakterze jak Tomek. Adamek nigdy nie odpuszcza. Nawet jak zostaje trafiony - nie poddaje się. On wie, o co walczy i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że taka szansa może się już nie powtórzyć.

Sam dysponujesz znakomitymi warunkami fizycznymi. Co doradzałbyś Adamkowi, by w ringu skutecznie zniwelował sporą różnicę gabarytów jaka dzieli go z Kliczko?

Tomek jest szybki, dynamiczny, na pewno nie będzie się koncentrował na pojedynczych uderzeniach. On musi doskoczyć do rywala, zadać serię kilku ciosów i odskoczyć. Powinien sporo "tańczyć" wokół Kliczki i robić wszystko, by nie dać się trafić - to dla niego jedyna szansa, by wygrać na punkty. Bardzo ważna będzie kondycja - "Góral" musi być doskonale przygotowany pod tym względem, by móc pozostawać cały czas w ruchu, nie mieć większych przestojów, wspomagać się balansem ciała, stosować uniki i w miarę możliwości omijać lewe proste Kliczki

Widać, że ten pobyt w Stanach Ci służy - pozytywna zmiana w twoim boksowaniu jest zauważalna. Jak sądzisz, ile czasu jeszcze potrzebujesz by stanąć do swojej "wielkiej walki"?

Cóż w USA stoczyłem póki co dwa pojedynki. Dopiero teraz, mam w końcu normalne treningi, pełne okresy przygotowawcze, profesjonalne zaplecze treningowe, specjalistę od przygotowania fizycznego, cały czas ktoś nade mną czuwa. Trochę to musi jeszcze potrwać. Wiem, że do najlepszych mi jeszcze brakuje. Co prawda w walkach z czołówką może nie stałbym zawsze na straconej pozycji, ale potrzebuję czasu. Dwanaście, może osiemnaście miesięcy i będę gotowy na każdego. W tym roku stoczę jeszcze na pewno jeden pojedynek, może dwa. Nie mam na co czekać, muszę wspinać się po tych drabinkach rankingowych. Zależy mi na tym pozostać aktywnym.

Rozmawiał: Przemysław Mrzygłód