Patronat medialny


 


Podróż Marcina Rekowskiego do Makau zakończyła się zgodnie z przewidywaniami. Został znokautowany przez Carlosa Takama.

W tekście "Niebezpieczna gra" pisałem kilka dni temu o zagrożeniach i ryzyku z jakim wiąże się ta walka. Kameruńczyk z francuskim paszportem bije bardzo mocno i każdy, kto choć trochę zna się na boksie wiedział, że wcześniej czy później znokautuje pięściarza z Kościerzyny.

Oczywiście nie brakowało głosów internetowych "ekspertów", że przesadzam pisząc o sile ciosu Takama i niebezpieczeństwie związanym z tym pojedynkiem, ale zdrowy rozsądek podpowiadał co innego. I to z wielu powodów.

39-letni Marcin Rekowski, przesympatyczny człowiek i solidny bokser, najlepsze czasy ma już za sobą. Przegrane przed czasem z Nagym Aguilerą i Andrzejem Wawrzykiem pokazały wyraźnie, że zdrowie już nie to. A przecież Takam to inna, wyższa półka. Prawdziwy tur, który jak równy z równym bije się z Josephem Parkerem, aktualnym mistrzem WBO. Tymczasem Rekowski na przygotowania czasu miał niewiele. Pomysł na ten obarczony dużym ryzykiem pojedynek "urodził się" bowiem po Nowym Roku.

Polski pięściarz nie ukrywał, że podejmuje to wyzwanie z przyczyn finansowych. Nie on jeden z chęci zysku wchodził na takie pola minowe, to jest ta druga, ciemniejsza strona boksu. Ale pięściarze przecież takich walk sami nie organizują, ktoś im takie propozycje składa i namawia doskonale wiedząc, jak to się skończy.

Ta walka ze sportowego punktu widzenia nie miała żadnego sensu. O tym też pisałem: dlaczego IBF godzi się na walkę Rekowskiego o jeden ze swoich mniej znaczących pasków (wakujący IBF Inter Continental) znając bilans jego ostatnich pojedynków? Co gorsza, myślę, że nie jest to przypadek odosobniony, bo zawsze, niestety, najważniejsze są pieniądze. Podobnie myślą promotorzy, choć ten związany kontraktem z Rekowskim (więc wydawałoby się w tym konkretnym przypadku najważniejszy), Andrzej Grajewski, nie chciał tej walki, gdy się już, jako ostatni, o niej dowiedział. Ci, którzy wystąpili z tą propozycją obiekcji jednak nie mieli.

Cały tekst Janusza Pindery na polsatsport.pl >>