onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 

Ward Froch

Choć przed finałem "Super Six" pomiędzy Andre Wardem (24-0, 13 KO) i Carlem Frochem (28-2, 20 KO) atmosfera była momentami bardzo napięta, po walce obaj pięściarze na chłodno i z szacunkiem dla rywala ocenili swoje występy.

- Ward był sprytny, niewygodny i nieuchwytny . Wykonał dobrą robotę, trzymając się z dala od zagrożenia z mojej strony. Ciężko było go upolować . W tej grze chodzi o to, by nie dać się trafić i to mu się udało - stwierdził pokonany po raz drugi w zawodowej karierze Froch. - To nie był mój dzień, nic mi nie wychodziło i była to zasługa Andre Warda. Jest elastyczny, śliski i cwany w zwarciu. Próbowałem bić kombinacjami, ale on dobrze ich unikał.

- O to właśnie mi chodziło. Chciałem walki na dystans i w półdystansie i dałem radę dzisiejszego wieczoru. Trafiałem go częściej i to zapewniło mi zwycięstwo - powiedział Ward, który wygraną przypłacił kontuzją. - Doznałem urazu lewej ręki jeszcze podczas przygotowań, ale nie mogłem o tym mówić. W szóstej rundzie trafiłem Frocha w czubek głowy i wtedy kontuzja się odnowiła. Byłem jednak w stanie dalej boksować - zdradził zwycięzca turnieju "Super Six", który podtrzymał swoje 15-letnie pasmo bez porażki na ringach amatorskich i zawodowych. {jcomments on}