Patronat medialny


 


W ubiegłym tygodniu "Przegląd Sportowy" opublikował rozmowę z Jarosławem Sokołowskim ps. "Masa", w której były gangster grupy pruszkowskiej a obecnie świadek koronny opowiada m.in. o tym, jak zapamiętał znajomość z Andrzejem Gołotą. Małżonka czterokrotnego pretendenta do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej Mariola Gołota w wywiadzie dla Sporteuro.pl skomentowała rewelacje "Masy".

- Miała Pani okazję kiedykolwiek poznać Masę?
Mariola Gołota: Widziałam go raz w życiu. To był 1998 rok. Czas promocji książki Andrzeja. Wybraliśmy się z mężem do restauracji i ktoś wskazał mi go palcem. Masa stał przy wejściu do lokalu. Wyglądało to dziwnie, jakby był tam bramkarzem. Kiedy nas zobaczył, oddalił się. To była cała nasza znajomość. Jeżeli pokazałby mi Pan teraz go na zdjęciu, pewnie bym go nie poznała.

Masa twierdzi, że odwiedzaliście z mężem jego klub, kultową Planetę.
"Odwiedzaliśmy" to za dużo powiedziane. Byliśmy tam raz. W latach dziewięćdziesiątych była to modna dyskoteka. Któregoś wieczoru wybraliśmy się tam ze znajomymi. To miejsce jednak zupełnie nie przypadło mi do gustu. Szybko wyszliśmy. (...)

"Na początku lat 90. Andrzej Gołota działał w grupie złodziei kieszonkowych na Dworcu Centralnym w Warszawie. Później zajmowała się ona także handlem narkotykami. Podlegali pod Pershinga. Gołota został rozpoznany przez Masę na zdjęciach znalezionych w mieszkaniu jednego z szefów gangu"  to fragment artykułu z 2004 roku. Zarzut chyba dla Pani szczególnie bolesny.
W ciągu 7 lat kariery amatorskiej, Andrzej walczył 111 razy - średnio co trzy tygodnie. Ciężko trenował zarówno w Warszawie, jak i na obozach, które odbywały się w różnych częściach polski. W latach osiemdziesiątych był utytułowanym zawodnikiem. Mistrzem Polski, Europy, brązowym medalistą olimpijskich. Wielokrotnie pokazywała go telewizja. I niby w wolnych chwilach biegał po Dworcu Centralnym z grupą przestępczą?! Przecież jego twarz znała cała Polska. To niedorzeczne.

Pani mąż dobrze znał Pershinga? Panowie przyjaźnili się?
Pershinga widziałam w życiu trzykrotnie. Bliskich znajomych widuje się raczej częściej, prawda? Na pewno był wielkim kibicem Andrzeja. Potrafił przyjechać do Stanów tylko po to, żeby zobaczyć w akcji swojego idola. Andrzej go lubił, ale to była taka luźna znajomość. Nie utrzymywali ze sobą stałego kontaktu. Nie powierzali sobie żadnych tajemnic. Mąż miał w życiu tylko jednego przyjaciela. Zmarł wiele lat temu. Od tego czasu z nikim nie nawiązał bliższej relacji. Andrzej spotykał się z różnymi ludźmi. Pershing nie rzucił mi się jakoś specjalnie w oczy. O tym, że pojawił się na wrocławskiej gali i walce z Timem Witherspoonem wiedziałam tylko ze słyszenia. Nie przypominam sobie, abym go widziała. Co innego rok później w Atlantic City. Pershing wyróżniał się wtedy z tłumu. Zwracał na siebie uwagę ze względu na nietypowy ubiór. Miał czarne zamszowe buty z takimi charakterystycznymi pętelkami z tyłu. Do tego czarna koszula, ciemne zamszowe spodnie i okulary w złotych oprawkach. Przed walką Andrzej dostrzegł go na korytarzu. Przywitali się. Pershing zdawał się być w dobrym humorze.

Humor znacznie pogorszył mu się pewnie po zakończeniu pojedynku. Porażka Andrzeja kosztowała go 80 tysięcy dolarów.
Pershing do Atlantic City nie przybył sam. Jak cień chodził za nim pewien jasnowidz (Krzysztof Jackowski - przyp. red.). Gdy się widzieliśmy przedstawił go nam. Przyjaciel Pershinga wyglądał na przestraszonego. Wielki świat wyraźnie go przytłaczał. Te wszystkie piękne dywany, kryształy na suficie. W przeciwieństwie do Pershinga nie znajdował się w swoim żywiole. Martwiłam się o męża, dlatego spytałam go o przebieg walki. Niestety, nie chciał mi nic powiedzieć (śmiech).

Mąż zyskał sympatię Pershinga, ponieważ wcześniej był jego ochroniarzem?
Początkowo krążyła wersja, że Andrzej był ochroniarzem Pershinga w latach dziewięćdziesiątych, co oczywiście prawdą być nie mogło. W 92 roku mąż miał już na koncie około dziesięciu zawodowych walk. Wszystkie stoczone w Stanach. Czy ktoś rozsądny jest w stanie przypuszczać, że Andrzej, który wczesną wiosną 91’ wyleciał za ocean, później ukradkiem wracał do Polski tylko po to, by być ochroniarzem Pershinga? Tu naprawdę trzeba mieć dużą wyobraźnię. W rzeczywistości mąż opuścił ojczyznę kilka miesięcy po naszym ślubie, a wrócił do niej dopiero w styczniu 1997 roku. W tamtym czasie odbywała się rozprawa związana z Włocławkiem.

To prawda, że po awanturze we włocławskiej restauracji "Zazamcze" Andrzej, pragnąc wywinąć się wymiarowi sprawiedliwości, ukrywał się w rezydencji Pershinga?
Szczerze mówiąc, nie znajduje powodu dla którego musiałby to robić. Jakiś już czas temu pewien starszy pan, uznawany za prekursora polskiego dziennikarstwa śledczego, stwierdził że wielokrotnie bywał u Pershinga i widział jak Andrzej, nie robiąc sobie nic z szeroko zakrojonych poszukiwań Policji i Prokuratury, beztrosko pluska się w basenie. To ciekawe. Szczególnie, że list gończy został wysłany dopiero po tym jak mąż nie stawił się na rozprawę w listopadzie 90 roku. W kwietniu Andrzeja nie było już w Polsce. Zatem, jak to wszystko fizycznie mogło być możliwe?

Między bajki można włożyć więc opowieści Masy o tym, że Pershing pomógł "Andrew" uciec z kraju? Mąż wcale nie musiał uciekać?
W czym Pershing miałby mu niby pomóc? Wzięliśmy ślub w październiku 1990 roku. Tuż po ceremonii złożyliśmy papiery w amerykańskiej ambasadzie. Osobiście poprosiłam o zmianę nazwiska, z panieńskiego na Gołota, po czym wróciłam do Stanów. Andrzej natomiast, został wezwany na rozmowę z panią konsul. Musiał przejść normalną procedurę. Taką samą jak każdy obywatel Polski, który pragnie wyjechać do Stanów. Każdy, który pozostaje w związku małżeńskim z Amerykanką lub Amerykaninem. Mąż musiał odczekać swoją kolejkę. Cała procedura trwała około 4-5 miesięcy. Finalnie Andrzej otrzymał zieloną kartę, jej numer został wbity w jego paszport. Następnie kupił bilet, wybrał się na Okęcie i wyleciał do Stanów, celem stałego pobytu. Prozaiczna historia, bez żadnych sensacyjnych wątków.

Koronny Masa to dla Pani świadek wiarygodny?
Wodzi media za nos. Gdy wyszło na jaw, że w latach dziewięćdziesiątych mojego męża nie było w Polsce - a co za tym idzie nie mógł być ochroniarzem Pershinga - zaczął przebąkiwać coś o końcówce lat osiemdziesiątych. To takie bezustanne lawirowanie. Masa łatwo sprzedaje podobne historie. Bez przerwy manipuluje informacjami. Ciężko jest uwierzyć w cokolwiek, co wypływa z jego ust. W końcu tyle razy już kłamał…

Cała rozmowa z Mariolą Gołotą na Sporteuro.pl >>