onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 

JunoszaWiktora Junoszę-Dąbrowskiego, którego wkład w rozwój pięściarstwa w Polsce w jego początkach był wręcz nieoceniony, staram się wspominać przy każdej nadarzającej się okazji. Niedościgły propagator boksu, trener, organizator klubów i sekcji bokserskich, współtwórca Polskiego Związku Bokserskiego. A także oficer artylerii, prawnik, poliglota, filozof, publicysta i dziennikarz sportowy. Inicjator Pierwszego Kroku Bokserskiego, którego ideą był ringowy sprawdzian dla adeptów pięściarstwa - debiutantów. A jak wyglądał "pierwszy krok" samego Junoszy, najlepiej on sam opowie:

"Było to dwadzieścia lat temu. Miałem 17 lat i byłem na pierwszym roku prawa. A poza tym- wtedy uważałem to może za najważniejsze- byłem fanatycznym adoratorem boksu marzącym o znakomitych triumfach ringowych. Marzyłem o nich już od trzech lat. Po raz pierwszy usłyszałem o walce na pięści z okazji głośnego meczu Johnson - Jeffries. Starsi mówili wtedy "Świat się kończy" a dla mnie otworzył się zupełnie nowy.

Więcej o historii boksu w książkach dostępnych na colma1908.com >>

Marzenia pozostawały jednak marzeniami. Byłem wprawdzie założycielem i prezesem klubu bokserskiego, mieliśmy ring, wszystkie możliwe worki i piłki, uprawialiśmy skakankę i walkę z cieniem według najlepszych podręczników, całe ściany pokrywaliśmy podobiznami słynnych mistrzów, a podczas 10-rundowych "sparringów" z dziką rozkoszą puszczaliśmy sobie wzajemnie krew - ale... ale żaden z nas nie miał ani jednego prawdziwego meczu przed prawdziwą publicznością. I nie mógł mieć, przynajmniej na razie, żadnych w tym względzie nadziei. Psychicznie najboleśniej odczuwałem to ja, fizycznie - moi partnerzy, którzy dostawali podwójne porcje sierpowych i swingów.

Pewnego dnia idąc ulicą ujrzałem afisz, który mnie zelektryzował. Wyraźnie było napisane: boks. W jakimś kabarecie, obok maleńkiego turnieju zapaśniczego, miały się codziennie odbywać spotkania pięściarskie. Oczywiście wieczorem już siedziałem w pierwszym rzędzie krzeseł. Przetrzymałem pięć szansonistek, dwóch złych tenorów, mierny zespolik baletowy i cztery walki francuskie- do których już wtedy odczuwałem prawdziwy wstręt. Kiedy zapowiedziano - jako clou programu - mecz bokserski - serce zabiło mi bardzo mocno.

Na scenę wyszło dwóch tłustych wasali i zaczęło klepać się rękawicami po brzuchach, plecach a nawet pośladkach strojąc przy tym nieprawdopodobne miny i wyczyniając niesłychane podskoki. Widownia pokładała się ze śmiechu, ja zieleniałem z oburzenia; w ten sposób pozwalano sobie profanować najpiękniejszy ze sportów! Gdy wreszcie "walka" się skończyła straszliwym upadkiem jednego z mastodontów po niewinnym prztyczku w nos - nie wytrzymałem. Wskoczyłem na arenę i przerywanym ze wzruszenia głosem oświadczyłem, że wyzywam do walki cały zespół, aby pokazać publiczności, jak wygląda prawdziwy boks.

Na widowni wszyscy powstawali z miejsc. Mimo bardzo jeszcze młodzieńczego wyglądu, byłem wysoki i w szerokim automobilowym palcie wyglądałem dość barczyście - spodziewano się więc ciekawych rzeczy. Poproszono mnie do szatni. Tam dyrektor zapaśniczej trupy, nieżyjący już Alex Alberg zaczął mi klarować, że źle uczyniłem niepotrzebnie psując mu interes. Oczywiście, nie mogłem się z nim zgodzić. Z całym młodzieńczym przekonaniem tłumaczyłem, że nie wolno mi było pozwolić, by niepowołani ludzie dyskredytowali w oczach publiczności mój ukochany sport. - Cóż oni będą myśleć o pięściarstwie po tym, co im tu pokazujecie? - pytałem uparcie. Alberg tylko się uśmiechnął: - Panie - oni walki zapaśnicze oglądają już dwadzieścia lat- i jeszcze nic nie zrozumieli! Pan przecenia rozum publiczności!

To był silny argument. Jednak nie wystarczył - gdyż tak, czy inaczej walkę trzeba było odbyć. Widzowie na sali niecierpliwili się i zaczęli tupać. Podczas, gdy ja ubierałem się w wypożyczony trykot, w sąsiedniej szatni odbywały się gorące spory; kto wystąpi przeciw "amatorowi". Wszyscy mistrzowie świata i okolic kategorycznie się wymawiali. Wreszcie wybór padł na dość jeszcze młodego, dobrze zbudowanego zapaśnika, który miał nad kolegami tę wyższość, że kiedyś był w Anglii i na własne oczy widział mecz bokserski. Bez palta wyglądałem o wiele mniej imponująco. Ujrzawszy mnie w trykocie towarzystwo nieco się uspokoiło, a Alberg porównawszy wzrokiem moją raczej jeszcze dziecinną budowę z nabrzmiałymi muskułami rosłego Bawara, z którym miałem się mierzyć, mrugnął z zadowoleniem.

Ustalono - nie pytając mnie o zdanie - że będą dwie rundy po jednej minucie. Weszliśmy na gruby materac, w którym grzęzły nogi. Wdzieliśmy przedpotopowe rękawice, z których wylatywało włosie i czekaliśmy na gwizdek sędziego - Alberga. Bawar z furią rzucił się naprzód waląc na odlew jak cepami. Zasłoniłem się bez trudu i skontrowałem. Cios uderzył w sam raz - chłop stanął jak wryty. Po chwil znowu rzucił się do ataku, lecz znowu osadziła go kontra w sam koniec podbródka. Opuścił ręce. Wtedy zapominając o wszelkich carpentierowskich finezjach - trzasnąłem z całej siły lewą i prawą. Lewa poszła w róg szczęki, prawa w sam nos. Bryznęła krew i atleta powoli zsunął się na ziemię układając się plackiem na brzuchu. Nie był to prawdziwy nokaut, bo wtedy mój przeciwnik nie mógłby mruczeć pod nosem „verflucht”. Ale triumf był wspaniały i gdy ogłaszano moje zwycięstwo- odniesione w 30. sekundzie - byłem szczerze i głęboko dumny.

Musiałem wyjść tylnymi drzwiami, by uniknąć owacji czekających przy wejściu wyrostków. W domu oczywiście nic nikomu nie powiedziałem. Byłaby konsternacja, ale u nas w klubie stałem się od razu półbogiem. Przecież byłem tym, który odbył "prawdziwy" mecz.

Na zakończenie muszę powiedzieć, że gdy dwa dni później poszedłem znowu do teatrzyku, chcąc sprawdzić, czy czasem nie zaczynają znowu froterować wielkiej sztuki bokserskiej, okazało się, że turnieju bokserskiego już nie ma. Woźny wytłumaczył mi to następująco:

- Ano, bo przyszedł tu jakiś smarkacz i wytłukł ichniego szampiona po mordzie, co się zowie. Więc pan dyrektor powiedział, że takich artystów to mu nie trzeba i całą kompanię wylał na pysk.
Mówi się trudno”*.

Opracował Krzysztof Kraśnicki
www.colma1908.com


*Przegląd Sportowy 42/1933 {jcomments on}