Patronat medialny


 


Tomasz AdamekNa ten wywiad miałem ochotę od dawna. Nie o rozmiarach rękawic, rywalach, treningach, ale o tym dlaczego ludzie nie lubią Tomasza Adamka (42-1, 27 KO). Od razu dodaję - ludzie w Polsce, Polacy, bo Amerykanie nawet przesadzają z tymi komplementami dla "Górala". Kto może być lepszym partnerem do takiej rozmowy niż mistrz świata dwóch kategorii wagowych, pretendent do trzeciego pasa - sam "winowajca", Tomasz Adamek?

-  Tomek obiecuję, że taką rozmowę zrobimy tylko raz. Będziemy mieć ją z głowy raz na zawsze.
Tomasz Adamek:
Nie ma problemu i nie ma tematów tabu. Zaczynaj...

-  Zarzut numer 1: "Adamek obnosi się się ze swoją religią".
TA: 
To znaczy co robię - mówię, że wierzę w Boga jak mnie o to zapytają dziennikarze? Powinienem kłamać, by się niektórym przypodobać? Nigdy nie mówię o mojej wierze, jeśli nie zostanę o nią zapytany, nie nadużywam imienia Pana Boga nadaremno.  Nie chodzę w koszulce z Jezusem Chrystusem, nie prawię nikomu kazań. Po walce dziękuję wszystkim, którzy mi pomagają, dziękuję też panu Bogu.

- W USA ten gest podzięki znają wszyscy choćby ze stadionów Natiobal Football League, gdzie widzą go kilkadziesiąt razy w ciągu każdej soboty. Dziesiątki milionów każdego niedzieli widzi jak zawodnicy łączą się w krótkiej modlitwie  przed każdym meczem. To samo co ty robi większość bokserów po każdej walce.
TA:
I nikomu to nie przeszkadza, bo Stany to bardzo tolerancyjny kraj. W Europie, także w Polsce, zaczyna wypadać  nie wierzyć w  Boga. Ja nikogo nie dyskryminuję, nikomu nie mówię w co ma wierzyć, nikogo  nie nawracam na siłę. Wielu z moich przyjaciół to np. muzułmanie. I to jest moja wada?

- Zarzut numer 2: "Adamek jest pazerny na pieniądze".
TA:
Słyszałem to już wiele razy. Kiedyś się takimi opiniami może nie przejmowałem, ale zwracałem na nie uwagę. Już nie.  Jeśli ktoś nie rozumie co znaczą słowa "bokser zawodowy" to to jest jego problem, nie mój. Moja pozerność polega na tym, żeby być jak najlepiej wynagradzony za ciężką pracę? To niech będę pazerny. Ja nie mam 40 lat na wyrobienie emerytury, mam ich dziesięć. Nikt nie mówi - jeszcze - że ciężko nie trenuję, wszyscy widzą, że daję z siebie na ringu 100 procent. Gdyby tak nie było, nikt by mnie nie oglądał. Mam kontrakty reklamowe, bo właśnie  ciężką pracą na treningach na nie zasłużyłem. Nikt mi nic nie podarował za darmo i nikt nie żałował ze mną współpracy. Mam teraz propozycję jednej z największych firm sprzętu sportowego na świecie, która chce podpisać ze mną indywidualny kontrakt - też z dobroci serca? Czasami słyszę, że wszędzie chodzę w dresach Portfela. Chodzę, bo mi wygodnie, mam chyba z 15 róźnych zestawów - dresy, koszulki, nie trzeba ciągle prać i do tego szanuję sponsora. W Polsce jak byłem dwa razy w tej samej  żółtej koszuli w TV, to zaraz sie wszyscy przyczepili, że Adamek ma tylko jedną. Wróciłem do Stanów i kupiłem od razu ze 30 koszul, ale tutaj ich chyba nigdy nie wykorzystam, bo ludzie nie mają obsesji ciuchów. Nikt z Portfela do mnie nie dzwoni, jak wyjdę w czymś innym, nie mam takiej klauzuli w kontrakcie... Postawiłem w 2005 roku wszystko na jedną kartę wyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych, rywalizować z nieporównywalnie silniejszą niż w domu konkurencją. Mógłbym się wtedy obijać w nieskończoność po galach w Polsce, ale straciłbym talent, do niczego sportowo i finansowo bym pewnie nie doszedł. Jak się mają dziś polscy bokserzy, którzy byli przed laty wspaniali, ale zostali nad Wisłą? Wszyscy wiemy. Jak trudno jest przebić się w Stanach radzę zapytać tych, którzy próbowali i się im nic nie udało zrobić. Ci, którzy z zazdrości - bo to nic innego - liczą moje pieniądze, powinni zrobić to samo co ja: kupić bilet i polecieć do USA, zrobić karierę, być na pierwszych stronach gazet. Bez względu na to, jakiej są profesji. Jak im się uda, to dopiero wtedy  będziemy rozmawiali jak równy z równym. Jestem dumny z tego co tutaj osiągnąłem, bo mam do tego prawo. I dumny z tych, którzy potrafią to docenić.

- Zarzut numer 3: "Adamek walczy z kelnerami i nabiera kibiców. Na przykład walcząc z Maddalone".
TA:
To najczęściej zarzut tych samych ludzi, co na różnych forum internetowych ukrywają się pod psudonimami i dają mi rady jak trenować, z kim walczyć, jak prowadzić karierę. To jest  śmieszne i żenujące jednocześnie. Panowie i panie, kimkolwiek jesteście schowani za swoimi pseudonimami, zrozumcie jedną rzecz jak najszybciej: wasze opinie nie mają ŻADNEGO wpływu na moją karierę lub samopoczucie. Tak naprawdę  piszecie do lustra, do samych siebie, kompromitujac się przed ludźmi, którzy wiedzą 100 razy więcej o boksie. Każdy anonim lubi być odważny, bo go nikt nie może publicznie ośmieszyć. "Kelnerzy"? Nikt z czołowki pięściarzy wagi ciężkiej nie ma tylu pojedynków z wymagającymi rywalami co ja miałem w tym roku. Na tym poziomie walczy się najwyżej dwa razy w roku. Nikt tyle nie walczył, można sprawdzić i to sięgając dobrze w przeszłość.  Nie musiałem walczyć z Crisem Arreolą w Kalifornii, gdzie wysłano mnie na pożarcie. Nie musiałem walczyć z mającym pojedynek życia Michalem Grantem, tak wiele ryzykować, tylko czekać na Kliczków, zabrać milion czyli jedną piątą tego, co by się należało i cały szczęśliwy iść do kasy. Ale tego nie zrobiłem. Co do Vinny Maddalone - nigdzie nie twierdziłem, że biorę go bo "Vinny walczy jak Kliczko". Biję się z nim bo w przyszłym roku bedę walczył o tytuł i potrzebuję walk w ciężkiej, które kończa okres przygotowawczy - taki jest system mojego trenera Rogera Bloodwortha. Walczę z Vinny’m, bo on gwarantuje widowsko, umie i lubi się bić, a ja chcę walk po których ludzie wstają z miejsc i biją oklaski. Nie tylko jednemu pięściarzowi, temu co wygrał - oklaski mają być dla jednego i drugiego,  że pokazali walkę, że się nie przepychali i klinczowali przez 12 rund.  Maddalone w ostatnich trzech latach przegrał tylko dwie walki, obie na punkty - z ciągle niepokonanym Denisem Bojcowem i byłym mistrzem świata, Jeanem-Marcem Mormeckiem. W Europie moja walka z Maddalone byłaby wielkim szlagierem. Niektórym rodakom nad Wisłą oczywiście się nie podoba...

- Zostańmy na zakończenie przy tym fenomenie, który ja znam pisząc o boksie w Stanach od prawie 20 lat - Amerykanie docenią Polaka zawsze bardziej niż zrobią to jego rodacy.
TA:
To nie jest taki wielki fenomen - nam, Polakom zawsze było  ciężko w życiu i lubimy tych, którym się nie udało. Jak ktoś coś potrafi, osiągnie sukces, zaraz go atakujemy, chcemy ściągnąć do dołu. Szkoda, że tak jest, ale o tym chyba  wszyscy wiedzą? Komentator  telewizyjny mojej walki z Grantem w Polsacie widział moją przegraną, a w Stanach wszyscy komentatorzy ocenili, że wygrałem bez problemu. Fachowa prasa w USA dobrze oceniła walkę Krzyśka Włodarczyka w obronie pasa WBC, dostał przychylne oceny, a w polskiej gazecie codziennej widziałem tytuł, że "uśpił kibiców". Ja przyzwyczaiłem się do tego, że są tacy Polacy, którzy zawsze życzą mi przegranej. Walczę dla tych drugich...

Rozmawiał: Przemek Garczarczyk, ASINfo{jcomments on}