Boks to nasza wspólna pasja

 

 




Patronat medialny



Babilon Promotion - organizacja gale boksu, sporty walki, wynajem ring, oświetlenie LCD, boks, wynajem ringu, obsługa gal boksu i sztuk walki

 



fightklub

Pobierz pasek ringpolska.pl

Kto jest online?

Odwiedza nas 10484 gości oraz 56 użytkowników.



 

 

  

- Jeśli Paweł zamierza wrócić, musi pokazać teraz charakter - mówi trener Fiodor Łapin pytany o przyszłość Pawła Kołodzieja (33-1, 18 KO), który 27 września został znokautowany w Moskwie przez Denisa Lebiediewa (26-2, 20 KO) w walce o pas WBA wagi junior ciężkiej.

W sobotę w Moskwie Paweł Kołodziej (33-1, 18 KO) przegrał przez nokaut w drugiej rundzie z mistrzem świata WBA wagi junior ciężkiej Denisem Lebiediewem, ponosząc pierwszą porażkę w zawodowej karierze. W rozmowie z Eurosport.onet.pl pięściarz z Krynicy-Zdroju zapewnia, że nie powiedział jeszcze w boksie ostatniego słowa, jednak póki co nie może wznowić treningów ze względu na poważną kontuzję dłoni, której nabawił się na kilkanaście dni przed sobotnią walką.

- [Chciałbym wrócić na ring] jak najszybciej - mówi Kołodziej. - To jest dla mnie teraz najważniejsze. Problemem jest tylko moja prawa ręka, która jest pogruchotana. Do tej walki z Lebiediewiem przystąpiłem tylko dlatego, że była szansa na tytuł mistrza świata. Gdyby to była jakakolwiek inna walka, to na pewno bym zrezygnował. Na początku moich sparingów uderzyłem tą ręką w czoło Białorusina i rozbiłem ją. Tak naprawdę nadawała się ona do tego, by włożyć ją do gipsu. Teraz muszę ją wyleczyć.

Kołodziej na pytanie o swoją sportową przyszłość odpowiada: - Jestem otwarty na wszelkie rozmowy. Trzeba jednak powiedzieć, że na panu Andrzeju [Wasilewskim] boks się nie kończy. Jeżeli się nie dogadamy, to po prostu będę się realizował gdzie indziej. Mam nadzieję, że jednak zostanę w KnockOut Promotions. Na razie wszystko jest tak świeże, że jeszcze nie zdążyliśmy spokojnie porozmawiać po tej walce.

Cały wywiad z Pawłem Kołodziejem na stronie Eurosport.onet.pl >>

Brutalnie został Pan zweryfikowany w pojedynku o pas federacji WBA w wadze junior ciężkiej z Rosjaninem Denisem Lebiediewem. Porażka w szóstej minucie walki przez techniczny nokaut może załamać...

Paweł Kołodziej: Zwłaszcza człowieka, który jest bardzo ambitny i miał plan na zdobycie mistrzowskiego pasa. Pojechałem do Rosji z zamiarem wygrania, dlatego ta przedwczesna porażka całkowicie podcięła mi skrzydła. Jeden cios, którego nie zauważyłem, przesądził sprawę. Lebiediew skręcił całe ciało, czyli włożył maksymalną siłę w uderzenie i trafił mnie idealnie w punkt. Niestety uprawiam dyscyplinę sportu, w której czasami w takich okolicznościach trzeba przełknąć gorycz porażki. Padali najwięksi w historii boksu, ja też zostałem ścięty z nóg.

Właśnie ta umiejętność zadania mocnego, niesygnalizowanego ciosu odróżniła Lebiediewa od Pana dotychczasowych 33. pokonanych rywali.
Mógłbym coś więcej powiedzieć na temat tego ciosu, gdybym go widział. Rosjanin bardzo fajnie zamarkował, ja wykonywałem swoją akcję i dałem się zaskoczyć jego precyzyjnemu uderzeniu. To moja wina.

W ogóle od początku drugiej rundy sprawiał Pan wrażenie pięściarza nieaktywnego. Dlaczego?
Założenie było takie, żeby przez pierwsze dwie – trzy rundy przyjrzeć się, pracować na nogach i sukcesywnie wchodzić w walkę. Przeciwnika miałem zacząć spychać od czwartej rundy.

Lewy sierpowy Lebiediewa to najsilniejszy cios, jaki kiedykolwiek wylądował na Pana szczęce?
Mocy pięści nie poczułem, ale precyzja spowodowała, że „odcięło” mi świadomość i przez chwilę kompletnie nie byłem w dyspozycji, żeby kontynuować walkę. Sędzia spojrzał mi głęboko w oczy i podjął raczej słuszną decyzję.

W szatni rzucał Pan, czym popadło?
Nie, ale obudził się we mnie wulkan emocji. Moje ciało było przygotowane na 12 rund bardzo ciężkiej pracy, a ja nie zdążyłem się porządnie spocić. Organizm zgłupiał, dlatego posłuchałem zalecenia trenera i nazajutrz wstałem z samego rana, po czym wykonałem 10-kilometrowy bieg.

Na jednej porażce życie się nie kończy, ale Pana kariera znalazła się na zakręcie.
Sytuacja nie jest łatwa, ale charakter prawdziwego sportowca poznaje się, gdy jest ciężko i pod górkę. Nie dopuszczam myśli, że jedna przegrana można mnie wbić w ziemię.

Czyli nie rozważa Pan rozbratu z boksem?
Broń Boże, nawet nie dopuszczam takiej myśli. Już teraz odczuwam wolę jak najszybszego powrotu na ringu.

Tym bardziej, że ma Pan 34 lata, więc czasu na odbudowanie kariery pozostało niewiele.
Zgadza się, przede mną jeszcze dwa lub trzy lata boksowania.

Pełna rozmowa z Pawłem Kołodziejem na Dziennikpolski24.pl >>

- Na razie myślę o tym, że nie zrealizowałem planu, taki jest wniosek. Nie chcę w tej chwili podejmować żadnych decyzji odnośnie swojej kariery - powiedział Paweł Kołodziej (33-1, 18 KO) po przegranej przez nokaut w drugiej rundzie walce z Denisem Lebiediewem (26-2, 20 KO).

- Paweł, mistrzowska próba zakończyła się dla ciebie brutalnie, jakie ci teraz towarzyszą emocje?
Paweł Kołodziej: Ciężko mi na gorąco jeszcze coś powiedzieć. Zakładałem, że wygram i z takim nastawieniem przyleciałem do Moskwy, naprawdę trudno mi teraz zebrać myśli.

- Walka zakończyła się szybko...
Cóż mogę powiedzieć, nie widziałem tego ciosu, dałem się trafić i było po pojedynku. Gratulacje dla Lebiediewa.

- Byłeś w stanie jeszcze dalej boksować, byłeś mocno zamroczony?
Sędzia uznał, że trzeba walkę przerwać i nie będę dyskutował z jego decyzją, on to widział lepiej, ja po prostu byłem zaskoczony, że już jest po wszystkim. To był mocny cios.

- Początek nie był taki zły, w pierwszej rundzie wszystko wyglądało tak, jak miało wyglądać?
Tak, chciałem wejść spokojnie w walkę, poczuć siłę Lebiediewa, szkoda, że nie przyjąłem tego ciosu na gardę, tylko na szczękę. Takie uderzenia mają właśnie takie konsekwencje. To jest boks - jeden czysty cios i po wszystkim.

- Myślisz, że przeskok w klasie rywali odegrał tu dużą rolę?
Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Wolałbym mieć więcej materiału do analizy, tak jak ma Krzysiek po pojedynku z Drozdem.

- Nie można było mówić o tym wcześniej, ale jeszcze na zgrupowaniu w Wiśle doznałeś poważnej kontuzji prawej ręki. To jakoś zaważyło na obrazie pojedynku?
Ręka była znieczulona, bólu podczas walki nie czułem, ból przyszedł dopiero w nocy po walce. Faktem jest, że od kilkunastu dni podczas przygotowań boksowałem tylko lewą ręką, może nie było tego odruchu, by ręka wracała do obrony... Nie chcę szukać usprawiedliwień, przegrałem.

- Mówiłeś, że do tej walki szykowałeś się całą karierę, weryfikacja była bezlitosna, myślisz teraz o tym, co dalej?
Na razie myślę o tym, że nie zrealizowałem planu, taki jest wniosek. Nie chcę w tej chwili podejmować żadnych decyzji odnośnie swojej kariery. Gdy opadną emocje, przyjdzie czas na analizę.

Freddie Roach, amerykański trener, który wczoraj po raz pierwszy stanął w narożniku Denisa Lebiediewa (26-2, 20 KO) był bardzo zadowolony z postawy swojego podopiecznego w walce z Pawłem Kołodziejem (33-1, 18 KO). Rosjanin znokautował Polaka w drugiej rundzie na gali w Moskwie.

- Lebiediew naprawdę podobał mi się w ringu, wykonaliśmy wspaniałą pracę na sali treningowej i osiągnęliśmy pożądany efekt. Myślę, że dalej będziemy razem pracować - powiedział Roach.

- Moim zadaniem jest trenowanie, a Denis walczy w ringu sam. Ta wygrana, to przede wszystkim jego zasługa, to on wygrał to we wspaniałym stylu. Znokautował Kołodzieja, który runął na ziemię jak zburzony wieżowiec - skomentował amerykański szkoleniowiec, który od lat opiekuje się karierą m.in. Manny'ego Pacquiao.

- Tak szybka wygrana była dla mnie zaskoczeniem - przyznał Denis Lebiediew (26-2, 20 KO), który obronił wczoraj tytuł mistrza świata WBA wagi junior ciężkiej, nokautując w drugiej rundzie niepokonanego wcześniej Pawła Kołodzieja (33-1, 18 KO). Rosjanin zanotował w ten sposób pierwszą wygraną od blisko dwóch lat.

- Nie spodziewaliśmy się, że pójdzie tak szybko. Freddie Roach nastawił mnie na ciosy na korpus w pierwszych dwóch rundach. Na górę miałem zacząć bić dopiero od trzeciej rundy, ale byłem pobudzony, więc zaatakowałem wcześniej - tłumaczy Rosjanin.

- Zacząłem od pressingu, próbowałem przygotować sobie ten cios. Zobaczyliśmy co on potrafi na początku, nie angażował się w ataki, więc wiedzieliśmy już na co możemy sobie pozwolić - skomentował Lebiediew.

- Od początku tej gali czułem negatywne emocje, jestem stasznie zaniepokojony i niestety sprawdziły się moje negatywne przepowiednie, zwłaszcza odnośnie psychiki Pawła. Lebiediew zrobił sobie rundę rozpoznawczą, zobaczył że Paweł nie chce z nim walczyć, więc poszedł do przodu, trafił lewym i było po wszystkim - ocenia w rozmowie z Polsat Sport Artur Szpilka (16-1, 12 KO) porażkę Pawła Kołodzieja (33-1, 18 KO) z mistrzem świata WBA wagi junior ciężkiej Denisem Lebiediewem (26-2, 20 KO) na gali w Moskwie.

- Jeśli nie ma się wcześniej sprawdzianów, to tak wychodzi. Ja nie lubię łatwego prowadzenia zawodników, muszą być wcześniej sprawdziany. Trzeba się zmierzyć z presją raz, czy drugi, trzeba się uczyć tych doświadczeń. Nie można walczyć z kelnerami, a potem przeskakiwać na walkę o mistrzostwo świata - mówi "Szpila".

- Główną rolę w tej walce odegrała psychika. Paweł nie dał rady mentalnie, boks to miejsce dla zawodników, którzy walczą od początku do końca. Paweł ma wszystko, ale psychika to jest jego pięta achillesowa. Mam nadzieję, że Paweł się podniesie, wróci jeszcze na ring i sobie zarobi - podsumowuje pięściarz z Wieliczki.

Paweł Kołodziej (33-1, 18 KO) przegrał przez techniczny nokaut w drugiej rundzie z mistrzem świata WBA wagi junior ciężkiej Denisem Lebiediewem (26-2, 20 KO) na gali w Moskwie.

Po pierwszej rozpoznawczej rundzie, Rosjanin w drugim starciu odważniej ruszył do przodu i systematycznie spychał Polaka do obrony. Na minutę przed końcem drugiej odsłony Lebiediew trafił idealnie lewym sierpowym, po którym Kołodziej padł na matę ringu.

Pięściarz z Krynicy zdołał wstać przed wyliczeniem do dziesięciu, jednak miał problemy z utrzymaniem równowagi i sędzia nie dopuścił go do dalszej walki.

Dla Kołodzieja była to pierwsza zawodowa porażka, mało aktywny w ostatnim czasie Lebiediew zanotował pierwszą wygraną od blisko dwóch lat.

Zanim wyjdzie na moskiewski ring, tradycyjnie założy koszulkę w paski, niebieski beret i kostium żołnierza rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych (WDW). W sobotę Denis Lebiediew (25-2, 19 KO), mistrz świata WBA wagi junior ciężkiej, stanie do walki z polskim pretendentem Pawłem Kołodziejem (33-0, 18 KO). 35-latek pragnie zwyciężyć, a za zarobione pieniądze kupić większe mieszkanie i adoptować bratanka, którego ojciec zmarł w dramatycznych okolicznościach. Przed kolejną walką Lebiediew chciałby powrócić do Los Angeles, by doskonalić warsztat pod okiem Freddie'ego Roacha, a od czasu do czasu wybrać się na mecz Kings, w Staples Center podziwiając hokej i... boks na najwyższym poziomie.

W sobotę zgodnie z tradycją wejdzie pan do ringu przy utworze "Siniewa" (Błękit), nieoficjalnym hymnie rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych?
Denis Lebiediew: Oczywiście. W 2008 roku wznawiałem karierę po czteroletniej przerwie. Przed swoim drugim debiutem, bo tak to trzeba nazwać, poznałem tych chłopaków. Wracałem do boksu w Czechowie, gdzie znajduje się jednostka specjalna WDW. Generał obchodził akurat urodziny i to miał być dla niego prezent. Chłopaki poprosili mnie, bym wszedł do ringu w stroju desantowca, przy "Siniewej". Zgodziłem się. Po walce to ja podszedłem do nich i poprosiłem o pozwolenie, by zakładać niebieski beret i koszulkę w paski przed każdą walką. Nikt nie miał nic przeciwko.

Desantowców nazywa pan elitą rosyjskich wojsk, chwali ich za męstwo, ale i pan nieprzypadkowo posiada legitymację honorowego członka WDW. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z ubiegłorocznej walki przeciwko Guillermo Jonesowi.
Denis Lebiediew: Bez dwóch zdań. I powiem panu więcej. Oczywiście nigdy nie służyłem w WDW, ale wewnątrz, w duszy, jestem zaprawionym w bojach desantowcem. Brakuje mi tylko pierwszego skoku ze spadochronem. Co roku planuję to zrobić, lecz bliscy obawiają się, że coś mi się stanie i ucierpię na tym jako pięściarz. Znowu się nie udało. Drugiego sierpnia, w dniu święta WDW, zostało mi tylko obdzwonić wszystkich chłopaków i złożyć im serdeczne życzenia.

O pracy pana opiekunów w trakcie potyczki z Jonesem nie można powiedzieć nic dobrego, ale do ludzi z narożnika miał pan też pretensje po świetnej, zdaniem większości widzów niesłusznie przegranej, konfrontacji o tytuł WBO z Marco Huckiem w Berlinie. Dlaczego?
Denis Lebiediew: Źle zachowałem się w końcówce pojedynku. Stało się tak, bo nikt nie powiedział: "walczysz w obcym kraju, przyciśnij, musisz wygrać wyraźnie". Usłyszałem coś odwrotnego: "wszystko w porządku, wygrywasz na punkty, nie angażuj się za bardzo, nie narażaj się na cios". Nikogo nie chcę jednak obarczać winą. Sam powinienem był mieć wbite do głowy, że przecież walczę na terenie rywala.

Nawiązanie współpracy ze słynnym Freddie'em Roachem, współautorem olbrzymich sukcesów Mannyego Pacquiao, oznacza koniec kłopotów?
Denis Lebiediew: Czuję, że dzięki niemu wzbogacam pięściarski warsztat. Z drugiej strony żałuję, że niektórych rzeczy dowiedziałem się dopiero teraz, w wieku 35 lat. Mimo wszystko jestem zadowolony, bardziej niż kiedykolwiek. Liczę na to, że z Freddie'em w USA będę mógł trenować już na stałe, choć pewności nadal nie mam.

Zgodzi się pan, że przed starciem z Pawłem Kołodziejem należy pana umieścić na pozycji wyraźnego faworyta?
Denis Lebiediew: Nie będę się z panem kłócił. Nie jestem aż tak pewny siebie, jak mogłoby się komuś wydawać, lecz nie ma innej opcji niż zwycięstwo. Przegrana byłaby katastrofą, ale do niej nie dojdzie.

Dlaczego Polak może panu zagrozić?
Denis Lebiediew: Nieźle się rusza, często operuje lewym prostym...

A wzrost? Jest wyższy o trzynaście centymetrów.
Denis Lebiediew: Paweł nie osiągnie tego powodu przewagi. Zajmuję się boksem tak długo, że walczyłem i wygrywałem już z wieloma przeciwnikami o jego wzroście.

Liczy pan na podwójne rosyjskie zwycięstwo w Moskwie, czy za Grigorija Drozda, który spróbuje odebrać tytuł WBC wagi cruiser Krzysztofowi Włodarczykowi, nie może pan ręczyć?
Denis Lebiediew: Życzyłbym sobie, by sobotni wieczór był dla Rosjan świętem w stu procentach. Aby tak się stało, potrzebujemy dwóch zwycięstw.

Drozd okaże się dla Włodarczyka bardziej wymagającym rywalem niż Rachim Czakijew?
Denis Lebiediew: Będzie bardziej wymagający, a przede wszystkim mądrzejszy. W tym słowie zawiera się wszystko.

Pełna treść rozmowy na Przegladsportowy.pl >>

ISSN: 2082-9760

Najnowsze komentarze