onet.pl sport



Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 

- Michał powiedział mi wyraźnie: Tomek, nic się nie martw. Za wszystko, co nam zrobili, zapłaci Makabu. Będzie jęczał w ringu, to wam obiecuję - mówi w rozmowie z Interia.pl Tomasz Babiloński, współpromotor pięściarza z Radomia. W piątek Michał stanie przed życiową szansą na gali w Demokratycznej Republice Konga. Stawką pojedynku Cieślaka z Ilungą Makabu będzie wakujący tytuł mistrza świata WBC w wadze junior ciężkiej.

Jedną rzecz trzeba sobie powiedzieć szczerze: gdyby to od pana zależało, to ta walka już parę tygodni temu zostałaby skasowana.
Tomasz Babiloński: Chodziły mi takie myśli po głowie, ale w końcu dowiedzieliśmy się, że strona kongijska miała alternatywę. Sądzę, że bardzo im zależało, by Makabu nie podejmował jakiegokolwiek ryzyka i efektownie wygrał na swoim terenie, ku chwale władz Konga, za pieniądze państwowe. Jednak nie będzie miał tak łatwo i nie zmierzy się z Noelem Gevorem, z którym sparuje, bo poprzeczkę bardzo wysoko zawiesi mu Cieślak. To fakt, że właśnie Gevor był szykowany, jako rezerwowy, więc gdybyśmy nie wytrzymali ciśnienia lub zrobili Michałowi walkę 20 grudnia, po niej moglibyśmy mieć problem z przejściem badań, a wtedy oni wcieliliby w życie plan B. Tymczasem my nie daliśmy im żadnego pretekstu, stąd być może z ich strony takie podejście, zaniedbywanie pewnych spraw, czy nieodpowiadanie na wiadomości. Przecież człowiek, który za to odpowiada, wychował się w Europie i wie, jak taka organizacja wygląda w cywilizowanych krajach, więc może celowo - pod płaszczykiem Afryki - dopuszczali się takich praktyk. Uważam, że wiele zagrań mogło być celowych.

Bardzo spodobały mi się słowa samego Cieślaka, który w rozmowie z portalem ringpolska.pl powiedział, że oczekuje na narodziny syna i nie wyobraża sobie, że mógłby wycofać się z takiego pojedynku. Uzasadnił, że gdyby za jakiś czas syn zapytał go, dlaczego zrezygnował z walki o tytuł mistrza świata, to próba wytłumaczenia się np. przesuniętym terminem walki brzmiałaby niepoważnie. Przyzna pan, że to naprawdę konkretny kontrargument.
Fajnie to wytłumaczył, on bardzo dobrze myśli. Jestem zdania, że ta cała sytuacja jeszcze bardziej go napędza po to, żeby pokazać w tej walce swoją wyższość. Bardziej bym się obawiał, gdyby się zasłaniał, że nie da rady, jest zmęczony lub czuje ból. A tu nie ma takiej opcji. Michał powiedział mi wyraźnie: Tomek, nic się nie martw. Za wszystko, co nam zrobili, zapłaci Makabu. Będzie jęczał w ringu, to wam obiecuję. Tymczasem w najlepsze trwa horror, bo nie wiadomo, co jeszcze się wydarzy. Jak na razie zostaliśmy potraktowani na zasadzie, by cieszyć się, że w ogóle mamy tę walkę po wypadnięciu Krzyśka Włodarczyka. A jeśli coś nam nie pasuje, to oni w odwodzie mają innego rywala, łatwiejszego dla Makabu. W takiej formie się z nami kontaktowali, tam nie było tonu grzecznościowego. Przez to, że cały czas wypadało coś, ja do końca nie będę im dowierzał, na każdym kroku trzymając rękę na pulsie. To tak, jak w biznesie: jeśli czujesz, że ktoś choć w jednym momencie próbuje cię wyrolować, później jesteś przewrażliwiony. Dziś jesteśmy w takim miejscu, że próbujemy przewidywać różne dziwne wydarzenia i staramy się zawczasu znaleźć rozwiązania.

Wróćmy do Michała, który w tym całym ambarasie sprawia doskonałe wrażenie. Oczywiście też daje do zrozumienie, że jest zmęczony tą sytuacją, niemniej widać, że stara się tym wszystkim, co jest dookoła, nie rozpraszać. Wręcz mam wrażenie, że przy tej szalonej walce przeszedł ekspresowy kurs dojrzewania.
Pełna zgoda, bez dwóch zdań. Też zauważam, że w bardzo dużym stopniu się zmienił. Tak naprawdę podziwiam go za cierpliwość i opanowanie. Raczej nie mam wątpliwości, że ja, będąc na jego miejscu, zupełnie inaczej bym to przeżywał. Cóż, każdy jest inny. Na szczęście Michał dużo lepiej potrafi się skupić i odciąć od tego bałaganu niż ja i jego menedżer Zbyszek Ratyński. Mam nadzieję, że tę całą agresję, która się w nim kumuluje, wniesie do ringu o taką stawkę. Ja zawsze tłumaczę, że walka o mistrzostwo świata sama w sobie jest hitem, a w takim przypadku, gdzie nie trzeba mieć eliminatora, obron pasów, ani innych rzeczy, w tym brak przymusowej obrony po jego wywalczeniu, co nie wiąże nam rąk, jest niesamowitą wartością dodaną. To też nas napędza, żeby pokonać te wszystkie przeciwności losu, wynikające z organizacji. Dużym kłopotem były ich problemy z Donem Kingiem, który nagle zaczął blokować walkę, ale udało się go rozwiązać. Wiedzieliśmy, że trzeba będzie "dziadkowi" podsypać parę złotych.

Pełna treść artykułu na Interia.pl >>