Patronat medialny


 


- Nie mam do boksu smykałki. Brakuje mi takich atrybutów, jak szybkość, dynamika i siła. Ja nad każdym z tych elementów muszę ciężko pracować i wylewać hektolitry potu, a i tak mi ich brakuje. Oprócz wzrostu, który w wadze ciężkiej wcale nie jest jakimś moim superatutem, bo tu każdy ma około dwóch metrów, nie mam nic specjalnego. Mimo tych wszystkich braków, staram się walczyć z wszystkimi najlepszymi na świecie - wyznał w rozmowie z Interią pięściarz wagi ciężkiej Mariusz Wach.

Polak kilka dni temu podpisał kontrakt na walkę z mocno bijącym Dillianem Whytem, z którym zmierzy się 7 grudnia na historycznej gali w Arabii Saudyjskiej. W Ad-Dirijja dojdzie do pasjonująco zapowiadającego się rewanżu o pasy mistrza świata pomiędzy Andym Ruizem jr i Anthonym Joshuą.

Ma pan poczucie, że walka jest brana na wariackich papierach?
Mariusz Wach: Tak... Propozycja, żeby nie skłamać, padła w piątek lub w sobotę (22-23 listopada - przyp. AG). W tym sporcie siedzę już naprawdę długi czas, wiem z czym boks się "je" i znam panujące tu zwyczaje. Dlatego teraz zgodziłem się na zasady, jakie zostały mi przedstawione. Dali mi tyle czasu, ile im odpowiadało, czyli dwa tygodnie. I tyle. Z Whytem już kiedyś miałem się bić, wtedy nie doszło do naszej walki, dlatego dobrze, że w końcu wejdziemy razem do ringu.

Dużym argumentem, by wziąć walkę, jest wypłata za to starcie?
Na pewno. Musiałbym skłamać, żeby zaprzeczyć. Ja robię naprawdę dużo rzeczy za darmo, łącznie z toczeniem walk plus wiele innych "głupot", za które później sam muszę płacić. Dlatego nie ukrywam, że aspekt finansowy był tutaj ważny. Ale przecież tak jest w każdej pracy. Czy pan będzie pracował za darmo? A może są inni chętni, by pojechać w delegację wykonać swoją robotę za darmo? Wiadomo, że wszystko wiąże się z finansami.

Pełna treść artykułu na Interia.pl >>