Patronat medialny


 


Mariusz WachMariusz Wach (22-0, 10 KO) dostał w USA dzięki swoim 202 centymetrom wzrostu przydomek "Polski Olbrzym", ale kiedy  wyjdzie 6 listopada na ring Prudential Center w Newarku, będzie miał przed sobą niewiele mniejszego rywala - dwumetrowego Kevina Burnetta (13-4, 8 KO). "Nie jestem może najbardziej ekscytującym pięściarzem wagi ciężkiej na świecie, ale lubię, jak mój rywal zdaje sobie sprawe, że nie jest w stanie ze mną wygrać.  Bokserskie abecadło, podstawowe rzeczy wyuczone na tysiącach treningów, wygrywają z checią popisywania się między linami dziewięć walk na dziesięć" - mówi  Wach, który z Burnettem walczyć będzie na gali HBO, której głównym pojedynkiem jest potyczka Zaba Judaha z Lucasem Matthysse.

- 31 lat w wadze ciężkiej to jeszcze młodość, ale ty masz coś do udowodnienia...
Mariusz Wach:
Na pewno. Zawsze coś stawało na drodze rozwoju mojego telentu.  W ostatnich trzech latach boksowałem tylko trzy razy, ale nie dlatego, że nie chciałem. Jak jesteś bokserem to ból jest wliczony w tą zabawę, ale jak masz kontuzje dłoni i rąk, czyli narzędzi pracy, to nic nie zrobisz. Nie możesz trenować, sparować, stoisz na uboczu.

- Niewielu jest ponad dwuterowych białych pięściarzy wagi ciężkiej z dorobkiem 22 zwycięstw bez porażki, ale ty pozostajesz ciągle raczej nieznany dla bokserskiego świata.
MW: 
To główny powód dla którego próbuję kariery w USA. Wiem, że potrafię walczyć z bardzo dobrymi pięściarzami. Kiedyś nie byłem mentalnie przygotowany na takie pojedynki, teraz to się zmieniło. Treningi i sparingi między innymi z Rusłanem Czagajewm czy Samem Peterem, mistrzami świata, bardzo mi pomogły. Znam takich, którzy w to nie wierzą, ale mogę ich przekonać tylko na ringu. Chcę walczyć trzy razy w roku mieszkając w Polsce, ale na obozy jeżdżąc do Stanów.

- W boksie istnieje coś takiego jak "syndrom sparingpartnera", kiedy nie możesz się przestawić z walczenia na luzie, na treningach do dawania z siebie wszystkiego podczas prawdziwych pojedynków. Tego się boisz?
MW:
Dlatego przeniosłem obóz z Polski do Global Boxing Gym Mariusza Kołodzieja w North Bergen.  W Polsce jest dokładnie pięciu ciężkich, znamy się jak łyse konie. Do tego każdy z nich jest chroniony przez promotora, sparingów prawie nie robimy, stojąc ciągle w miejscu.  Trenowanie w Stanach pozwala ci popatrzeć na to, gdzie jesteś w boksie.  Do tego w Polsce większość promotorów najpierw chce na tobie zarobić, a potem może dadzą parę złotych na rozwój talentu.

- Pracujesz z Piotrkiem Wilczewskim, mającym za sobą ponad 200  amatorskich walk, 27 zawodowych i tylko jedną przegraną. Na pewno dobrze ją pamięta bo przegrał z Curtisem Stevenesem na tym samym ringu na którym będziesz się bił teraz - w Prudential Center w Newarku. Jesteście przyjaciółmi, a mieszanka kumpel/trener zwykle się nie sprawdza...
MW:
Piotrek jest w USA jako trener, ja tego nie zapominam.  Jest dla mnie twardy, może nawet bardziej niż poprzedni trenerzy. Jako kolega nie chcę go zawieść, więc nie ma luzu. Ma przecież doświadczenie z  klubu, który prowadzi w Polsce, ufam mu w 100 procentach.

- Szóstego lutego będziesz walczył w Newarku z Kevinem Burnettem, który półtora roku temu nieźle walczył przez osiem rund z Odlanierem Solisem, obecnie jednym z głównych pretendentów do pasa WBC. Ale kilka miesięcy temu ten sam Burnett przegrał już w pierwszej rundzie z ostatnią ofiarą Tomasza Adamka - Michaelem Grantem.  Jakiego Burnetta spodziewasz się w Prudential Center?
MW:
Mam nadzieję, że najlepszego, bo głównie oglądam jego walkę z Solisem.  Pięściarze z którymi walczę mówią, że mój wzrost oraz europejski sposób walki w defensywie sprawia, że trudno mnie trafić. Ze wzrostem Burnett nie będzie miał kłopotów, jest prawie taki sam wysoki. Reszta zostaje taka sama - trudno mnie dobrze trafić, a ja mocno oddaję.

Rozmawiał: Przemek Garczarczyk  
{jcomments on}