onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 



- Porażka bardzo boli. A styl, w jakim zostałem pokonany, boli jeszcze bardziej. Zawiodłem kibiców i swoją rodzinę, ale przede wszystkim zawiodłem sam siebie. Dlatego chcę jak najszybciej wrócić walką z dobrym rywalem. Celem na pewno jest powrót w miejsce, w którym byłem - zapowiada w rozmowie z Interią 30-letni Maciej Sulęcki, najlepszy polski pięściarz kategorii średniej. "Striczu" w niedawnym pojedynku o tytuł mistrza świata organizacji WBO z Demetriusem Andrade nie był stanie dobrać się do skóry Amerykaninowi i przegrał na punkty do jednej bramki.

Po porażce z Andrade pewnie bardziej potrzebował pan odpocząć mentalnie niż fizycznie. To już się udało?
Maciej Sulęcki: Fizycznie faktycznie za bardzo nie było po czym odpoczywać, może tylko samymi przygotowaniami, bo walka nie była strasznie męcząca. Natomiast jeśli chodzi stronę mentalną, to kurcze wiadomo, że ciężko przeżywa się porażki. A zwłaszcza taką, oddaną praktycznie bez walki, bo trudno było mi cokolwiek zrobić. Jeszcze trochę mnie to męczy, ale jest całkiem dobrze.

Powiedział pan, że dziewięć na dziesięć walk z Andrade by przegrał. W takim razie co w tej jednej walce musiałoby się stać, żeby dał pan Amerykaninowi łupnia w ringu?
To bardzo dobre pytanie... Może trochę szczęścia? Wie pan, co jest w tym wszystkim najgorsze? To, że czujesz, że rywal był od ciebie lepszy tylko w szczegółach, bo w gruncie rzeczy nie zrobił mi krzywdy, ale zbiór tych detali sprawił, że całkowicie mnie zdominował. Uważam, że z innymi zawodnikami na światowym poziomie poradziłbym sobie dużo lepiej, ale nie ma co teoretyzować. Teraz znów czekam na te duże walki, żebym mógł odzyskać twarz, którą trochę straciłem z Andrade. Powiem to jeszcze raz, że stanąłem naprzeciwko zawodnika lepszego od siebie, bardzo niewygodnego i nieszablonowego. Z przeciwnikiem tego pokroju nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Tak jak powiedział mój trener Piotrek Wilczewski, u mnie wyszedł trochę brak doświadczenia olimpijskiego, z kolei rywal budował swój warsztat mnóstwem walk, zwycięstwami z najlepszymi i sukcesami, zanim przeszedł do boksu zawodowego. Po prostu załatwił mnie tą ogromną przewagą doświadczenia.

Od walki upłynęło niespełna dwa tygodnie. W tej chwili znajduje pan więcej odpowiedzi, czy wręcz przeciwnie - w pana głowie mnożą się nurtujące pytania?
Szczerze przyznam, że całkowicie odciąłem się od mediów społecznościowych. Mnie tam dzisiaj nie ma, nikt mnie nie znajdzie. Chciałem poświęcić czas mojej rodzinie. Przebywam głównie z córeczką, moją kobietą i wspólnie spędzamy całe dnie. Dlatego, co też będzie stwierdzeniem prawdy, za dużo o tej walce nie myślałem, bo tak naprawdę jeszcze jej nawet nie oglądałem. Można powiedzieć, że na razie temu wszystkiemu przyglądam się z boku, choć na pewno już wysnuwam jakieś wnioski, typu co powinienem zrobić, czego nie, a także jak chciałbym, by wszystko wyglądało w przyszłości. Celem na pewno jest powrót w miejsce, w którym byłem. Jak już powiedziałem, w moich oczach straciłem własną twarz, zawiodłem kibiców i swoją rodzinę, ale przede wszystkim zawiodłem sam siebie. Dlatego chcę jak najszybciej wrócić walką z dobrym rywalem, choć nie mówię, że od razu z absolutnego topu. Tak w tej chwili wyglądają moje przemyślenia, bo do wysnucia poważniejszych koniecznie potrzebuję obejrzeć walkę, co pewnie nastąpi jeszcze w tym tygodniu.

Pełna treść artykułu na Interia.pl >>