Patronat medialny


 


Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że pod koniec czerwca Maciej Sulęcki stanie przed szansą wywalczenia tytułu mistrza świata. Polak zdradził w czwartek, że z kontuzjowaną prawą ręką jest znacznie lepiej i teraz pozostaje już tylko czekać na oficjalne ogłoszenie starcia z Demetriusem Andrade.

Ostatnie dni to była straszna nerwówka. Raz pojawiały się informacje, że walka odwołana, za chwilę, że jednak będziesz rywalem Andrade. Spadł kamień z serca?
Maciej Sulęcki: Spadnie, jak Eddie Hearn oficjalnie ogłosi, że w czerwcu będę walczyć z Andrade. Na pewno odetchnąłem z ulgą, bo na trening z Piotrem Wilczewskim, po którym miało się okazać, czy z ręką jest w miarę ok, jechałem pełen obaw. Potarczowaliśmy jednak dziesięć rund i ku mojemu zaskoczeniu było naprawdę dobrze.

Zaskoczeniu?
Tak, bo ta ręka w ostatnich dniach raz bolała, a raz nie i tak szczerze, to myślałem, że jest już po wszystkim i walki nie będzie. To była jazda na kolejce - raz na górze, raz na dole, raz byłem zadowolony, raz zdołowany, raz morda się cieszyła, raz wszystkiego się odechciewało.

Uraz typowy dla pięściarzy (odprysk jednej z kości śródręcza, red.), który niewykluczone, że będzie dawać ci się we znaki do końca kariery.
Tak może być. Na teraz żadna operacja nie jest potrzebna i to najważniejsze. Wielkie słowa uznania dla doktora Michała Konika, który postawił moją rękę na nogi. Bez jego zaangażowania walki z Andrade w czerwcu by nie było.

Pełna treść artykułu na Tvpsport.pl >>