Miasto Wałcz

Patronat medialny


 

2 kwietnia 2011 roku, zapisze się w annałach polskiego boksu zawodowego. Ba – przejdzie do historii całej naszej ojczyzny. Okazałe już grono polskich bohaterów narodowych wzbogaciło się bowiem o kolejnego członka. Osobę niezwykłą, bo przecież pochodzącego z odległego Portoryko, profesjonalnego pięściarza, Francisco Palaciosa. Po tym co stało się wczoraj w bydgoskiej hali „Łuczniczka”, popularny „Czarodziej” zasłużył sobie na wszelki zestaw honorów i wyróżnień. Polscy sympatycy szermierki na pięści ponoć już zdążyli usypać kopiec, upamiętniający heroiczną postawę dzielnego Portorykańczyka. Ja sam mam nadzieję, że to tylko początek – osobiście oczekuję, iż Palaciosa ugości i przeprosi prezydent Bronisław Komorowski. Ponadto, nie muszę chyba nikogo przekonywać, że zawodnik Dona Kinga zasłużył, by po śmierci, jego prochy, a przynajmniej ich cześć, spoczęły w krypcie na Wawelu. Co prawda bohaterów Ci u nas dostatek, ale i tego w swe szeregi radośnie przyjmiemy.

Tyle błazenady. Są takie momenty, gdy pewną zbiorowość opanowuje nagły atak histerii. Zbiorową panikę zwyczajowo najlepiej jest przeczekać, nie wychylać głowy, by przypadkiem ktoś będący w amoku jej nie utrącił. Czasem, można też tę histerię dodatkowo nakręcić, waląc w bęben o nazwie ”oszustwo”. Łatwo jest uderzać w tak czułe tony...

Żeby była jasność - nie zamierzam tutaj bronić wczorajszego występu Krzysztofa Włodarczyka. Czempion WBC chyba wszystkich nas rozczarował. Wróciły stare grzechy: zbytnia pasywność, usztywnienie, niewielka pewność siebie w ringu czy też w dużej mierze brak realizacji założeń taktycznych . To nie była walka godna tytułu mistrzowskiego – nawet jak na dzisiejsze i tak już mocno obniżone standardy. Szkoda, że ciekawa jak na polskie warunki gala, miała tak fatalny, nieatrakcyjny finał. Jednak na taką a nie inną sytuację wpływ miały nie jedna - a dwie osoby. Tą drugą, był rywal Polaka.

Nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły punktacji, sędziowania – dzisiejsze reguły pozwalają na bardzo dużą elastyczność w tym zakresie. Zapewne na tak zwanym neutralnym gruncie (to taki twór w ogóle istnieje?) pojedynek ten zakończyłby się zwycięstwem portorykańskiego pięściarza. Nie chodzi mi też o fałszywą, często powielaną regułę: "Mistrza trzeba pokonać wyraźnie”. Zwycięstwo w boksie można odnieść na wiele sposobów, zarówno walcząc agresywnie jak i defensywnie, improwizując jak i taktycznie rozgrywając zawody. Rozliczać powinniśmy przede wszystkim skuteczność, a tej wczoraj zabrakło, zarówno u "Diablo” jak i jego przeciwnika. Strategia przyjęta przez Palaciosa skuteczną po prostu nie była – owszem bardzo utrudniała Włodarczykowi poczynania w ringu – ale też niewiele z niej wynikało. Jeden z zawodników znakomicie się bronił, był bardzo pasywny i nie lokował zbyt wielu czystych ciosów. Drugi był o wiele bardziej aktywny, nieskuteczny i pod względem ilości czystych ciosów naprawdę niewiele przewyższył Polaka. Można by godzinami się wykłócać, jak w tej konkretnej walce powinna wyglądać punktacja poszczególnych rund. Można by też zastanawiać się czy w bezbramkowym piłkarskim meczu, zwycięstwo powinno przyznać się drużynie, która zanotowała więcej celnych strzałów w poprzeczkę, czy zespołowi, którego zawodnicy ładniej dryblowali...

Nie będę nikogo przekonywał, że Diablo zawalczył na miarę swojego tytułu mistrza świata, zresztą - sam tego zdania nie podzielam. Natomiast z pewnym politowaniem obserwuję tę zbiorową troskę o losy biednego i pokrzywdzonego Palaciosa, który przecież "całe lata trenował by zdobyć mistrzowski pas”. A cóż to za argument? Każdy, ambitny bokser długimi godzinami haruje na treningach, by odnieść w tym sporcie sukces. Udaje się nielicznym. Nie powinno się żyć w oderwaniu od realiów. A właśnie wrażenie kogoś takiego sprawiał wczoraj Portorykańczyk, który przyjeżdżając na niegościnny teren, tocząc wyrównany pojedynek, doskonale widząc przeciętną efektywność swoich działań, przez pełne 12 rund nie spróbował zmienić dosłownie nic, by choć trochę wyraźniej udokumentować swoją przewagę. Z szumnych zapowiedzi została tak naprawdę brutalna rzeczywistość. Nie żal mi Francisco Palaciosa – nie tego się spodziewałem po 33-letnim pięściarzu, dodatkowo umotywowanego narodzinami syna, dla którego mogła to być pierwsza i ostatnia szansa na wywalczenie znaczącego trofeum. Zresztą zawodnik Dona Kinga i tak otrzymał już swoją nagrodę, wszak miejsce w panteonie polskich romantycznych bohaterów, to przecież nie byle co.