Patronat medialny


 


Soszyński- W Europie już by pewnie mój rywal padł, ale tutaj Rayco walczył cały czas twardo, dlatego ze zwycięstwa cieszę się podwójnie. Bardzo, bardzo ciężko pracowałem przez cztery miesiące na ten sukces, ale był warto - mówił nowy mistrz  Ameryki Północnej International Boxing Federation, Zakopiańczyk Grzegorz Soszyński (21-1, 10), który zdobył tytuł, wygrywając w Chicago jednogłośnie z Rayco "Wojną" Saundersem (22-15, 9 KO). W dziewiątej rudzie, po wspaniałej kontrze z lewej reki, Soszyński miał nawet zaskoczonego Rayco na deskach ringu w "The Club", ale "War" dotrwał do końca walki.  Był to znakomite zakończenie naprawdę niezwykłego marca dla polskich pięściarzy walczących w USA - stoczyli sześć walk, wygrywając każdą z nich.

- Grzesiek musiał walczyć bardzo skoncentrowany, nie mógł wdawać się w bijatykę i musiał zatrzymywać Saundersa seriami, a nie pojedynczymi ciosami - i dokładnie to robił - mówił po walce rozradowany Sam Colonna, który cztery miesiące temu zdecydował się trenować  w Chicago Boxing Club zawodnika, o którym nie wiadomo było, kiedy po raz kolejny będzie mógł wyjść na ring. „Czasami ma się do kogoś takie specjalne zaufanie, że się po prostu wie, że coś z tego wyjdzie. Tak było z Grześkiem - mówił po walce  w chicagowskim "The Club" Sam Colonna.

Jego podopieczny - jak na zakopiańczyka przystało - wyszedł na ring do nagrania "Hej w górę"  góralskiej kapeli "Trebunie Tutki" i od początku był pięściarzem, który narzucał tempo, punktując kryjącego sie za podwójną gardą i tylko rzadko odpowiadającego kontrami przeciwnika. Za każdym razem kiedy Saunders to robił, widać było, że czeka tylko na jeden błąd Polaka by przejść do kontrataku. - Ja tak walczę - daje się przeciwnikowi wyszaleć, a później przystępuję do ataków, podkręcam tempo. Chciałem tę walkę wygrać w ostatnich czterech rundach, ale Soszyński mnie zaskoczył tym, że praktycznie cały czas boksował  na wysokim tempie - mówił stojąc w narożniku pięściarz z Pittsburgha. - Polak zmęczył mnie bardziej niż myślałem, a bardzo ryzykowałem i zostałem ukarany.

Ta "kara" o której mówił Saunders, który rzeczywiście  w siódmej i ósmej rundzie zadawał więcej silnych ciosów, nastąpiła w przedostatnim starciu. Saunders, po kilku celnych uderzeniach w poprzednich sześciu minutach, poczuł się zbyt pewnie, chciał zaatkować Soszyńskiego lewym sierpem, ale po uniku Polaka nadział się na kontrę, która o mało nie zakończyła walki. - Nie widziałem tego ciosu. Wiem tylko,że poszedł z lewej strony bo padłem na prawą - powiedział Saunders, a Soszyński tak opisywał ten moment: „Próbowałem kilka razy zadać mu cios podbródkowy z prawej ręki, ale się dobrze przed nim bronił. Pomyślałem sobie, że zrobię na odwrót, uderzę  lewy sierp i ten cios po prostu pięknie wszedł - mówił w szatni Grzegorz.

Co dalej? - Chcę zostać w Ameryce, tutaj kontynuować karierę, jakbym mógł, to zaraz bym się przebrał i pobiegł do sali trenować, ciężko pracować na nowe, coraz lepsze mistrzowskie pasy - mówił Grzegorz Soszyński, który jedne z pierwszych uścisków zebrał od walczącego w tej samej kategorii wagowej kolegi i sparingpartnera, Andrzeja Fonfary (21-2, 12 KO). - Grzesiek dobrze walczył, nie dał się Saundersowi ani razu dobrze rozpędzić, kontrolował walkę. Dopingujemy się na wspólnych treningach, mamy tego samego trenera, trenujemy w tej samej sali - wiadomo, we dwójkę zawsze raźniej.

Przemek Garczarczyk z Chicago{jcomments on}