Patronat medialny


 


- Mnie cios Powietkina jakby sparaliżował, a „Główkę” nokdaun praktycznie dodatkowo naładował - mówi Andrzej Wawrzyk (30-1, 16 KO), który przez dwa tygodnie przebywał z Krzysztofem Głowackim (25-0, 16 KO) w Stanach Zjednoczonych, dbając o dobre samopoczucie nowego mistrza świata WBO wagi junior ciężkiej przed walką z Marco Huckiem.

Mówi się, że w zdobyciu tytułu mistrza świata przez Krzysztofa Głowackiego jest też Pana zasługa.
Andrzej Wawrzyk: Zawsze spisywałem się na medal w robieniu dobrej atmosfery i organizowaniu zabawy. W tej klasyfikacji od lat zajmuję pierwsze miejsce.

Jak Pan dbał o samopoczucie „Główki”?
Szczegółów z pokoju nie wypada ujawnić, bo przeważnie robiliśmy brzydkie numery. Gdybym zdradził, to kibice pomyślą sobie, że jest z nami coś nie tak (śmiech). Powiem w ten sposób: kiedy trzeba było, to Krzysia usypiałem, zaś innym razem robiłem wszystko, by uśmiech nie schodził z jego twarzy.

Po walce znów mógł Pan stać się wodzirejem. Co było popisowym numerem podczas świętowania?
Krzysiek myślał, że pójdzie spać, a my całą ekipą z baru, z kilkunastoma butelkami soku pomarańczowego, „wjechaliśmy” do jego pokoju. Ochrona hotelu goniła nas od piątego do siódmego piętra, więc tylko zmienialiśmy numery, a śmiechu było co niemiara.

Co miał Głowacki w walce z Huckiem, czego Panu zabrakło w przegranym pojedynku przez nokaut z Aleksandrem Powietkinem?
Pewnie jaj... Ja, w przeciwieństwie do pozytywnie naładowanego Krzysia, wszedłem do ringu bardzo spięty, jakbym odpowiednio się nie wyluzował i nie udźwignął stresu. Mnie cios Powietkina jakby sparaliżował, a „Główkę” nokdaun praktycznie dodatkowo naładował. Być może mnie zabrakło w Rosji drugiego Wawrzyka od robienia atmosfery (śmiech).

Pełna rozmowa z Andrzejem Wawrzykiem w "Dzienniku Polskim" >>

 http://www.youtube.com/watch?v=Gja1BUYgEfk