Patronat medialny


 



Zanim wyjdzie na moskiewski ring, tradycyjnie założy koszulkę w paski, niebieski beret i kostium żołnierza rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych (WDW). W sobotę Denis Lebiediew (25-2, 19 KO), mistrz świata WBA wagi junior ciężkiej, stanie do walki z polskim pretendentem Pawłem Kołodziejem (33-0, 18 KO). 35-latek pragnie zwyciężyć, a za zarobione pieniądze kupić większe mieszkanie i adoptować bratanka, którego ojciec zmarł w dramatycznych okolicznościach. Przed kolejną walką Lebiediew chciałby powrócić do Los Angeles, by doskonalić warsztat pod okiem Freddie'ego Roacha, a od czasu do czasu wybrać się na mecz Kings, w Staples Center podziwiając hokej i... boks na najwyższym poziomie.

W sobotę zgodnie z tradycją wejdzie pan do ringu przy utworze "Siniewa" (Błękit), nieoficjalnym hymnie rosyjskich wojsk powietrzno-desantowych?
Denis Lebiediew: Oczywiście. W 2008 roku wznawiałem karierę po czteroletniej przerwie. Przed swoim drugim debiutem, bo tak to trzeba nazwać, poznałem tych chłopaków. Wracałem do boksu w Czechowie, gdzie znajduje się jednostka specjalna WDW. Generał obchodził akurat urodziny i to miał być dla niego prezent. Chłopaki poprosili mnie, bym wszedł do ringu w stroju desantowca, przy "Siniewej". Zgodziłem się. Po walce to ja podszedłem do nich i poprosiłem o pozwolenie, by zakładać niebieski beret i koszulkę w paski przed każdą walką. Nikt nie miał nic przeciwko.

Desantowców nazywa pan elitą rosyjskich wojsk, chwali ich za męstwo, ale i pan nieprzypadkowo posiada legitymację honorowego członka WDW. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z ubiegłorocznej walki przeciwko Guillermo Jonesowi.
Denis Lebiediew: Bez dwóch zdań. I powiem panu więcej. Oczywiście nigdy nie służyłem w WDW, ale wewnątrz, w duszy, jestem zaprawionym w bojach desantowcem. Brakuje mi tylko pierwszego skoku ze spadochronem. Co roku planuję to zrobić, lecz bliscy obawiają się, że coś mi się stanie i ucierpię na tym jako pięściarz. Znowu się nie udało. Drugiego sierpnia, w dniu święta WDW, zostało mi tylko obdzwonić wszystkich chłopaków i złożyć im serdeczne życzenia.

O pracy pana opiekunów w trakcie potyczki z Jonesem nie można powiedzieć nic dobrego, ale do ludzi z narożnika miał pan też pretensje po świetnej, zdaniem większości widzów niesłusznie przegranej, konfrontacji o tytuł WBO z Marco Huckiem w Berlinie. Dlaczego?
Denis Lebiediew: Źle zachowałem się w końcówce pojedynku. Stało się tak, bo nikt nie powiedział: "walczysz w obcym kraju, przyciśnij, musisz wygrać wyraźnie". Usłyszałem coś odwrotnego: "wszystko w porządku, wygrywasz na punkty, nie angażuj się za bardzo, nie narażaj się na cios". Nikogo nie chcę jednak obarczać winą. Sam powinienem był mieć wbite do głowy, że przecież walczę na terenie rywala.

Nawiązanie współpracy ze słynnym Freddie'em Roachem, współautorem olbrzymich sukcesów Mannyego Pacquiao, oznacza koniec kłopotów?
Denis Lebiediew: Czuję, że dzięki niemu wzbogacam pięściarski warsztat. Z drugiej strony żałuję, że niektórych rzeczy dowiedziałem się dopiero teraz, w wieku 35 lat. Mimo wszystko jestem zadowolony, bardziej niż kiedykolwiek. Liczę na to, że z Freddie'em w USA będę mógł trenować już na stałe, choć pewności nadal nie mam.

Zgodzi się pan, że przed starciem z Pawłem Kołodziejem należy pana umieścić na pozycji wyraźnego faworyta?
Denis Lebiediew: Nie będę się z panem kłócił. Nie jestem aż tak pewny siebie, jak mogłoby się komuś wydawać, lecz nie ma innej opcji niż zwycięstwo. Przegrana byłaby katastrofą, ale do niej nie dojdzie.

Dlaczego Polak może panu zagrozić?
Denis Lebiediew: Nieźle się rusza, często operuje lewym prostym...

A wzrost? Jest wyższy o trzynaście centymetrów.
Denis Lebiediew: Paweł nie osiągnie tego powodu przewagi. Zajmuję się boksem tak długo, że walczyłem i wygrywałem już z wieloma przeciwnikami o jego wzroście.

Liczy pan na podwójne rosyjskie zwycięstwo w Moskwie, czy za Grigorija Drozda, który spróbuje odebrać tytuł WBC wagi cruiser Krzysztofowi Włodarczykowi, nie może pan ręczyć?
Denis Lebiediew: Życzyłbym sobie, by sobotni wieczór był dla Rosjan świętem w stu procentach. Aby tak się stało, potrzebujemy dwóch zwycięstw.

Drozd okaże się dla Włodarczyka bardziej wymagającym rywalem niż Rachim Czakijew?
Denis Lebiediew: Będzie bardziej wymagający, a przede wszystkim mądrzejszy. W tym słowie zawiera się wszystko.

Pełna treść rozmowy na Przegladsportowy.pl >>