onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 



Hubert Kęska: Dziękuję, że znalazł Pan dla nas czas. Tym bardziej, że na co dzień jest Pan bardzo zajętym człowiekiem.
Andrzej Kostyra: Ale wie Pan, jakie jest powiedzenie?

Ja znam takie: dziennikarz sportowy pracuje od poniedziałku od piątku, w sobotę i niedzielę też.
To także jest prawdziwe, choć mam inne – nieco w odmiennym tonie. Najbardziej zajęci są bezrobotni pod budką z piwem, a jak jest człowiek naprawdę zajęty, to zawsze znajdzie czas. Także, nie ma najmniejszego problemu.

Był podobno moment, że pracował Pan aż dla siedemnastu redakcji.
To znaczy, to nie do końca było tak, że w jednym okresie pracowałem dla siedemnastu redakcji. Rzeczywiście, był taki rok w mojej dziennikarskiej karierze, w którym robiłem naprawdę przeróżne rzeczy. Pisałem artykuły, komentowałem w telewizji, zaglądałem do jednego, drugiego, trzeciego radia. W istocie zebrało się wówczas siedemnaście PITów.

Telewizyjni odbiorcy utożsamiają Pana przede wszystkim z boksem. Nie wielu z nich wie, że przygodę z mikrofonem zaczął Pan z wysokiego C, bo od rozmowy z najstarszym mistrzem świata w historii kategorii ciężkiej, a zarazem złotym medalistą z Meksyku, Georgem Foremanem. Mocne otwarcie.
Pracowałem wtedy w katowickim Sporcie. Wysłano mnie na igrzyska do Barcelony. To był okres, w którym Sport dzielił się kosztami z Telewizją Polską. Wyszło więc tak, że niespodziewanie uczyniono mnie telewizyjnym reporterem. Moim zadaniem było łapanie gwiazd i przeprowadzanie z nimi wywiadów. Z samym Foremanem jest związana ciekawa historia. Siedziałem obok komentującego zawody olimpijskie Lucjana Olszewskiego –bezsprzecznie najwybitniejszego znawcy boksu w Polsce. Rozejrzałem się po hali i spostrzegłem, że nieopodal nas sprawozdanie zdaje sam George Foreman, który był na tamten czas ekspertem telewizji NBC. O Boże – pomyślałem – trzeba z nim pogadać. Podszedłem więc do Foremana i zapytałem czy byłby skłonny porozmawiać z przedstawicielem TVP. – Ok, proszę bardzo – odrzekł. – George, czy pamiętasz Lucjana Trelę? – zagaiłem. Spojrzał na mnie – nie wiele oczywiście kojarząc – i rzucił: Tak, tak pamiętam, ale powiedz ty, bo ty wiesz lepiej. Inteligentny facet – wywnioskowałem. Zaśmiałem się, po czym odparłem: To jest ten gość, który na igrzyskach olimpijskich w Meksyku, jako jedyny tak cię lał, że nie udało ci się go znokautować, wygrałeś niejednogłośnie na punkty. Wtedy otworzyły mu się klapki w mózgu: Tak, tak, pamiętam! Taki mały i skakał do mnie jak Tony Galento i tak, tak, tak mnie walił (Kostyra symuluje prawy podbródkowy)– jeszcze do dzisiaj głowa mnie boli i szczęka!” (śmiech). Rozmowa z nim była dla mnie czystą przyjemnością.

„Gołota to zagadka owinięta w Enigmę, a w środku tajemnica (..)”. Z jednej strony „tak silny, że mógłby przenieść górę do Mahometa” i „iść na czołowe zderzenie z czołgiem ze szkodą dla czołgu”, wstrząsając kolejnymi rywalami „jak barman koktajlem z wódki i miodu”. Z drugiej zaś „spięty niczym agrafka”. „Powinien przetrzymać te pierwsze sekundy, pierwszą minutę, pierwszą rundę - jak dziewica, która straciła błonę podczas seksu ze swoim chłopakiem”. To zgrabnie złożone wycinki z Pańskich oryginalnych porównań. W środowisku znany jest Pan z tego, że lubi sie bawić słowem.
To miłe, że ludzie powtarzają moje powiedzonka. Dla sportowego komentatora jest to najlepsza nagroda za wykonywaną pracę. Pamiętam jak Andrzej Gmitruk, będąc w narożniku Tomka Adamka, powiedział o jego rywalu: „nie bój się go, widzisz przecież on wolny jak ketchup” (śmiech).

Kuba Wojewódzki swoje gwoździe programu ma skrupulatnie spisane na towarzyszącej mu non stop kartce, Tomasz Zimoch – o czym oficjalnie się nie mówi - również wcześniej ponoć opracowuje swoje poetyckie uniesienia o łące i fruwających po niej motylach. Andrzej Kostyra własne złote teksty także przygotowuje?
Spontaniczność spontanicznością, a fachowość fachowością. Do każdej transmisji gruntownie się przygotowuję. Te powiedzenia są przemyślane. Do porównań pretekst dają mi oczywiście zwykłe życiowe sytuacje. Czasem nawet wchodząc do kościoła uda się coś wymyślić (śmiech). Tak na marginesie powiem, że już przygotowuję następne. Jak Pan chce, to mogę nawet zdradzić taki jeden…

Znakomicie! Bardzo proszę.
Ta walka jest tak samo nudna, jak stukanie dwóch dzięciołów w stary dąb w Puszczy Białowieskiej. Na pewno taka walka się zdarzy i będzie okazja, żeby to powiedzieć.

Pański konflikt z Januszem Pinderą jest dziennikarskim wymysłem?
Mam do niego olbrzymi szacunek. Posiada niesamowitą wiedzę, ma świetną pamięć. To człowiek-encyklopedia. Pomiędzy nami nie ma żadnych nieporozumień. Znamy się od wielu lat.

Jeżeli chodzi o komentatorów boksu. Poza Panem, Januszem Pinderą i Andrzejem Gmitrukiem jest jeszcze jakaś wyróżniająca się jednostka?
Bardzo lubię komentować walki z moim dobrym znajomym Krzysiem Kosedowskim. Przyszłością tego zawodu jest według mnie Maciej Miszkiń. Bardzo elokwentny chłopak. Jak dla mnie już teraz absolutna czołówka.