
Przez ostatnie 50 lat boks w niższych kategoriach wagowych został zdominowany przez meksykańskich wojowników. Wysyp talentów w Estados Unidos Mexicanos rozpoczął się w latach ’60 minionego wieku. Można powiedzieć, że złotą erę meksykańskiego boksu rozpoczął nieimponujący stylem walki, ale do bólu skuteczny Vicente Salvidar, który w 1964 pokonał cenionego mistrza - Sugar Ramosa i zdominował kategorię piórkową na kilka następnych lat. Chwilę potem na zawodowych ringach pojawił się słynny Rubens Olivares, którego można nazwać przeciwieństwem Salvidara. W swoich najlepszych walkach wyglądał tak imponująco, że wydawało się, że nikt nie jest w stanie go pokonać, a jednak zdarzały mu się porażki w pojedynkach, w których był wyraźnym faworytem. Mimo to wielu ekspertów uważa go za najlepszego boksera kategorii koguciej w historii. Lata ’70 to okres dominacji takich sław jak Miguel Canto, Carlos Zarate czy Salvador Sanchez, któremu tragiczna śmierć uniemożliwiła być może zostanie najlepszym bokserem kategorii piórkowej w historii. Przełom lat ’80 i ’90 to przede wszystkim okres kojarzony z bokserami z jednymi z bardziej imponujących rekordów w zawodowym boksie – Ricardo Lopezem (50-0-1, 38 KO) i legendarnym Julio Cesarem Chavezem (107-6-2, 86 KO). Później na zawodowych ringach rządzili już bokserzy, którzy walczą do dziś: Marco Antonio Barrera, Erik Morales, Juan Manuel Marquez, Rafael Marquez czy Israel Vazquez.
Wymienieni wyżej to tylko czubek góry lodowej. Warto by też było wspomnieć tutaj o takich nazwiskach jak: Rodolfo Martinez, Chucho Castillo, Gadalupe Pintor, Gilberto Roman, Pipino Cuevas, Jose Louis Castillo, Chiquita Gonzalez, Daniel Zaragoza, Jose Luis Ramirez, Rafael Herrera i (co może po tak długiej liście nazwisk dziwić) wielu, wielu innych.
Meksykańscy pięściarze zapisali piękne karty historii, dziś jednak kibice z tego kraju nie mają zbyt dużo powodów do radości. Czas takich mistrzów jak Barrera, Morales czy Castillo minął już bezpowrotnie, a ich kolejne próby powrotu na ring trzeba nazwać łabędzim śpiewem. Pięściarze, w których widziano ich następców okazali się przewartościowanymi niewypałami (jak chociażby Alfredo Angulo) lub też prędzej czy później się nim okażą. Jako pierwszy na myśl przychodzi mi tutaj Julio Cesar Chavez Jr., usilnie kreowany na następcę ojca, co przypomina pompowanie wielkiego balonu, który kiedyś pęknie z wielkim hukiem. Jest jeszcze paru starszych mistrzów, którzy trzymają pewien poziom: Juan Manuel Marquez, Fernando Montiel, Antonio Margarito czy Humberto Soto. Wszyscy jednak przekroczyli już 30. rok życia, nie prezentują się tak dobrze jak dawniej i należy się spodziewać, że w najbliższym czasie zakończą karierę lub będą ją na siłę kontynuować mimo pasma porażek, które prędzej czy później nastąpi. Nie powinno to martwić, bo jest to rzeczą naturalną, jednak po raz kolejny: nie widać następców.
Dzisiaj na ring wyjdą dwaj inni wielcy meksykańskiego boksu: Israel Vazquez i Rafael Marquez. W pojedynku sprzedawanym jako wielce oczekiwane 4. starcie ja widzę walkę dwóch wyeksploatowanych pięściarzy, którzy zostawili swoje zdrowie na ringu w słynnej trylogii. Obawiam się, że ta walka będzie jak sequel udanej produkcji filmowej, który nie jest już tak dobry, ale i tak się sprzeda. Być może emocje dorównają wcześniejszym walkom, w co jednak i tak wątpię, ale poziom sportowy na pewno nie będzie już tak wysoki. W kontekście przyszłości meksykańskiego boksu ten wieczór będzie ciekawy z innego powodu – na ring przed swoimi bardziej znanymi rodakami wyjdzie Abner Mares (20-0 13 KO), którego nazwałem przedostatnią nadzieją Meksyku. Dlaczego przedostatnią? Bo moim zdaniem jest to jeden z dwóch meksykańskich bokserów, z którymi meksykanie mogą wiązać nadzieje na wielkie sukcesy w boksie zawodowym w najbliższej przyszłości. Drugim jest Saul Alvarez, który póki co jest na etapie w którym otłuszczony, podstarzały i po przejściach Jose Miguel Cotto, jest najgroźniejszym rywalem w jego karierze. Nie należy się więc spodziewać, że Alvarez w najbliższych miesiącach zostanie poddany poważnemu testowi. 24-letni Mares przejdzie taki test już tej nocy, gdy zmierzy się z Yonnhy Perezem (20-0, 14 KO).
Kariera Mares wygląda dosyć nietypowo jak na pięściarza meksykańskiego. Większość z nich starając się uciec przed biedą przechodzi na zawodowstwo w bardzo młodym wieku, nawet w wieku 14 lat. Mares z kolei ma bardzo bogatą karierę amatorską. Stoczył na ringach amatorskich 120 walk, z czego wygrał 112, w 84 zwyciężając przed czasem. Zdobył tytuł mistrza świata do lat 17 oraz mistrza centralnej Ameryki w finale zwyciężając obecnie wschodzącą gwiazdę zawodowych ringów – Juana Manuela Lopeza. Zdobył także srebrne medale na mistrzostwach Panamerykańskich w 2003 roku oraz na mistrzostwach świata juniorów w roku 2004. Wystąpił na Olimpiadzie w Atenach, gdzie odpadł już w pierwszej rundzie w walce z Zsoltem Bedakiem po bardzo kontrowersyjnej decyzji sędziów. Na początku następnego roku Mares walczył już jako profi. Jego zawodowa kariera rozwijała się prawidłowo, a młody meksykanin zwyciężał coraz groźniejszych rywali. Niestety w 2008 poważna kontuzja oka (odklejenie siatkówki), wyhamowała jego karierę. Od tego czasu Mares stoczył 3 walki, ani razu nie mierząc się jednak z bokserem z czołówki kategorii koguciej. Co więcej, rok temu Maresa zostawił słynny trener – Nacho Beristain, po tym jak Mares podpisał kontrakt z Golden Boy Promotions bez jego wiedzy.
Mares nie będzie miał łatwo. Faworytem walki jest 31-letni Yohnny Perez, który ostatnio pokonał w świetnym stylu Silence Mabuze w eliminatorze do walki o mistrzostwo świata, a potem w walce o pas IBF, także po znakomitym pojedynku, zwyciężył faworyzowanego Jose Agbeko, który kilka miesięcy wcześniej dosyć niespodziewanie wygrał z królem super muszej – Vicem Darchinyanem. Warto też zwrócić uwagę, że w 10 rundzie Perez posłał na deski słynącego z twardej szczęki Ghańczyka. Kolumbijczyk z pewnością zrobi wszystko by nie oddać ciężko wywalczonego tytułu mistrza świata już w pierwszej obronie.
Co ciekawe Mares jako amator mierzył się z Perezem, wygrywając dwa z trzech pojedynków. Dzisiejsza walka to jednak zupełnie inna historia. Mares to bokser stricte ofensywny, który chętnie przyjmuje ciosy by wyprowadzić swoje własne. Lubi walkę w półdystansie i potrafi bić zarówno mocne ciosy na korpus jak i szybkie sierpy na górę. Z kolei Perez obdarzony jest dobrymi warunkami fizycznymi i ma umiejętności by walczyć na dystansie. Potrafi się dobrze bronić i kontrolować walkę ciosami prostymi. Mimo to często lubi się wdawać w wymiany ciosów w półdystansie i do tego z pewnością dążył będzie Mares.
Walkach zapowiada się znakomicie, moim zdaniem dużo lepiej niż główne danie tego wieczoru. Nie widać tutaj wyraźnego faworyta, a patrząc na wcześniejsze walki obydwu bokserów można śmiało liczyć na liczne wymiany ciosów, zwroty akcji i dużą dramaturgię. Mam nadzieję, że skończy się ona happy endem dla meksykańskiego boksu – tak na poprawę humoru meksykańskich kibiców przed tym jak w walce wieczoru zobaczą kolejny zwiastun kryzysu ich rodzimego pięściarstwa.








