Miasto Mrągowo

Patronat medialny


 



W ubiegłym tygodniu, 16 czerwca, minęła 27 rocznica jednego z najtragiczniejszych wydarzeń zawodowego boksu. To właśnie 16 czerwca 1983 roku na ring w słynnym Madison Square Garden wyszli Billy Collins jr oraz Luis Resto. Ze względu na drastyczne zakończenie, pojedynek ten zapisał się wielkimi zgłoskami w historii pięściarstwa.

Billy Collins jr. (14-0, 11 KO) był jednym z najciekawiej zapowiadających się prospektów kategorii jr. średniej lat 80. Urodzony w 1961 roku Amerykanin na zawodowstwo przeszedł relatywnie szybko, w wieku 20 lat, nie mając za sobą żadnej poważnej kariery amatorskiej. Młody zawodnik trenowany był przez swojego ojca, niegdyś również profesjonalnego pięściarza, Billy Collinsa Sr. Największymi sukcesami w karierze ojca było miano "Prospekta miesiąca" według prestiżowego magazynu The Ring oraz walka z samym Curtisem Cokesem u schyłku kariery, zakończona punktową porażką Collinsa. Jego syn, nazwany pieszczotliwie przez grupę fanów z jego rodzinnego Nashville Irish, imponował siłą, szybkością - a jego pojedynki kończyły się wysokimi wygranymi punktowymi albo efektownymi nokautami. Jak się później okazało, największym sukcesem krótkiej kariery młodzieńca było zwycięstwo nad Haroldem Brazierem, wówczas młodym, anonimowym pięściarzem, ale w przyszłości  pretendentem do mistrzowskiego tytułu IBF dywizji lekkopółśredniej. Z pewnością było go stać na więcej. Niestety nie było mu dane...

Latem 1983 roku, kontynuujący marsz po upragnioną mistrzowską szansę Collins miał się zmierzyć z solidnym zabijaką, Portorykańczykiem Luisem Resto. Wprawdzie doświadczony Resto był bardzo selektywnym, wymagającym journeymanem, jednak nikt nie miał wątpliwości, kto jest zdecydowanym faworytem nadchodzącego starcia. Jednak czerwcowego wieczoru w Madison Square Garden działy się nie sensacyjne, ale budzące grozę wydarzenia...

Pojedynek pomiędzy Collinsem, a Resto, będący jedną z przedwalk dużej gali z udziałem samego Roberto Durana, nie wzbudzał wstępnie zbyt wielkich emocji. Atmosferę podgrzać próbował jednak trener Portorykańczyka, słynny Carlos "Panama" Lewis, który narożnik Collinsa już w ringu przywitał słowami: - Będziesz na deskach, Collins. Zostaniesz znokautowany!

Sama konfrontacja przebiegała w sposób iście niespodziewany. Idący do przodu Resto swoimi uderzeniami raz po raz wprawiał w zakłopotanie amerykańskiego przeciwnika, nie pozwalając mu na przejęcie inicjatywy. Co najdziwniejsze, Collins w narożniku przekazał sekundantom iście zdumiewającą informację:


- Czuje się, jakby Resto walił mnie cegłami - miał powiedzieć Billy. Była to o tyle dziwna wiadomość, iż Portorykańczyk nie był znany z mocnego ciosu. Ba, jego siłę można było określić co najwyżej jako przeciętną! Mimo tych niedogodności, Collins zapytany przez swojego ojca o przerwanie starcia, odpowiedział, iż chce znokautować przeciwnika i będzie walczyć dalej.

Niestety ambitna postawa Collinsa spęzła na niczym. Mało tego. Notorycznie obijany przez oponenta zawodnik walkę skończył z niepokojąco pokiereszowaną twarzą. Amerykanin mało co widział na oczy... To, że nie przegrał przed czasem, mógł zawdzięczać tylko swojej niebywałej odporności oraz ambicji.

O ile wydarzenia podczas 10-rundowego boju bez kozery można było nazwać sensacyjnymi, to jak ocenić to, co działo się po nim? Opromieniony zwycięstwem Resto przybył do narożnika swojego rywala podziękować za walkę. Gdy uścisnął rękę Collinsa Seniora, ten poczuł, iż rękawice Portorykańczyka są najnormalniej w świecie nienaturalne. Były mniejsze i cieńsze, a co najważniejsze - były bardzo twarde! Collins zabrał je i wymusił na Nowojorskiej Komisji Bokserskiej śledztwo w tej sprawie. Ujawnione w wyniku dochodzenia fakty były wstrząsające. Panama Lewis, znany dotychczas przede wszystkim z "butelkowego incydentu" podczas walki Arguello - Pryor I, wyciął z rękawic swojego podopiecznego ochronną wyściółkę, co spowodowało zdecydowane utwardzenie rękawic. Wraz z tokiem śledztwa ujawniono również, iż bandaże Resto były pokryte gipsową warstwą! Jakie były tego efekty? Oczywiście, ciosy Portorykańczyka była znacznie bardziej bolesne i wyniszczające. Co naturalne, wynik pojedynku wkrótce zmieniono na "No Contest". Było to jednak mało istotne...

Obrażenia zanotowane podczas feralnej konfrontacji spowodowały zaburzenia wzroku Collinsa. To z kolei oznaczało koniec ciekawie zapowiadającej się kariery młodego prospekta. Amerykanin załamał się, nie potrafił poradzić sobie z nowo zaistniałą sytuację. Próbował odbudować swoje życie na nowo, jednak bez powodzenia. Dwukrotnie tracił pracę. Miał również problemy z narkotykami i alkoholem, co spowodowało rozpad jego małżeństwa. Skończyło się najgorzej, jak tylko mogło. Collins, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, 6 marca 1984 roku zginął, wjeżdżając samochodem w ścianę kanału nieopodal jego domu. Zdaniem ojca, było to samobójstwo.

Panama Lewis oraz Luis Resto oczywiście nie uniknęli kary. Po przedłużającym się procesie, 3 lata od momentu feralnej walki, ostatecznie zostali skazani odpowiednio na 6 i 3 lata pozbawienia wolności. Zakład karny opuścili przedterminowo po okresie 2,5 roku. Dodatkowo obaj dostali dożywotni zakaz zbliżania się do ringu w USA. Lewis, mimo karencji, po opuszczeniu więzienia kontynuował trenerską karierę. Pojawił się nawet w narożniku Sułtana Ibragimowa podczas jego walki z Evanderem Holyfieldem. Pozwoliło mu na to miejsce organizacji pojedynku, czyli Moskwa.

W sierpniu 2009 roku, na antenie telewizji HBO wyemitowano film "Assault in the Ring", opowiadający o całym incydencie. W nim, Luis Resto posypał głowę popiołem, przyznając się po ponad 25 latach do winy. Dodatkowo, oskarżył swojego byłego trenera, Paname Lewisa o modyfikowanie rękawic co najmniej podczas dwóch innych okazji. Sam Lewis nigdy nie przyznał się do winy. Tylko, czy miałoby to jakiekolwiek znaczenie?

Kto wie, być może utwardzający bandaże Panama Lewis zainspirował Javiera Capetillo, który  ćwierć wieku potem podobny zabieg próbował powtórzyć wraz ze swoim podopiecznym, Antonio Margarito przy okazji walki z Shane'm Mosleyem? Pewne jest za to, iż pięściarstwo, z pełnym poszanowaniem obowiązujących reguł, jest wielce niebezpieczną dyscypliną sportu. Gdy jednak w celu odniesienia za wszelką cenę zwycięstwa łamane są najprostsze normy, cienka linia oddzielająca czysty boks od walki na śmierć i życie jest przekraczana. I tylko łut szczęścia decyduje o tym, czy wszystko kończy się szczęśliwie, jak podczas starcia Margarito - Mosley, czy też fatalnie, jak w przypadku wyżej opisywanego pojedynku.