Patronat medialny



Babilon Promotion - organizacja gale boksu, sporty walki, wynajem ring, oświetlenie LCD, boks, wynajem ringu, obsługa gal boksu i sztuk walki

 



fightklub

Pobierz pasek ringpolska.pl

Kto jest online?

Odwiedza nas 16525 gości oraz 90 użytkowników.


7 czerwca pojedynkiem na gali w Rzeszowie na ring powrócić może boksujący w kategorii ciężkiej Artur Szpilka (16-1, 12 KO) - poinformował ringpolska.pl promotor pięściarza Andrzej Wasilewski.

24-letni Szpilka w swoim ostatnim występie, 25 stycznia, przegrał przez techniczny nokaut w dziesiątej rundzie z notowanym w czołówce rankingów królewskiej dywizji Bryantem Jenningsem.

"Szpila" po krótkiej przerwie pojawił się już na sali treningowej i rozpoczął budowanie formy. Nazwisko rywala zawodnika grupy KnockOut Promotions nie jest jeszcze znane.

Artur Szpilka - serwis specjalny ringpolska.pl: Wideo, wywiady, informacje >>

Andrzej Wasilewski w rozmowie z ringpolska.pl odniósł się do opublikowanego dziś wywiadu z nim, w którym pada deklaracja, że w maju dojść może do walki Artura Szpilki (16-1, 12 KO) z Krzysztofem Zimnochem (17-0-1, 11 KO).

- Na tę chwilę w ogóle nie ma tematu pojedynku Szpilki z Zimnochem. Opublikowany wywiad nagrywany był w grudniu lub na początku stycznia, w zupełnie innych okolicznościach sportowych niż mamy teraz. Wystarczy wspomnieć, że Artur był wówczas jeszcze niepokonany, bo było to jeszcze przed starciem z Bryantem Jenningsem - powiedział współwłaściciel grupy KnockOut Promotions.

Data powrotu Artura Szpilki na ring nie jest jeszcze znana. Krzysztof Zimnoch zaboksuje prawdopodobnie w maju, choć nie są to jeszcze potwierdzone informacje.

- Nigdy tego wcześniej nie mówiłem. Nigdy go nie rozumiałem. Ale już teraz wiem, co czuł Andrzej Gołota. Wiem, jak inaczej się walczy, kiedy stawka jest wielka. Ja wychodziłem do ringu w Nowym Jorku, tak jak Gołota wychodził kiedyś do pierwszej walki z Riddickiem Bowe.  Czy później do Lennoxa Lewisa.  Myślałem, że Andrzej to taki świr, ale już wiem, że to wszystko rozgrywa się w głowie. Tam się wygrywa i przegrywa - mówi w pierwszym wywiadzie od powrotu do Polski po porażce z Bryantem Jenningsem Artur Szpilka (16-0, 12 KO). Od walki, od wieczoru 25 stycznia w Madison Square Garden Theatre, minął dokładnie miesiąc.

 - Zniknąłeś z mediów.
Artur Szpilka: Taki był mój wybór. Nie tylko z mediów: dziś byłem na pierwszym treningu od walki z Jenningsem. Akurat miesiąc od Nowego Jorku. Po tej przegranej, dla mnie nieszczęsnej, bo podszedłem do niej bardzo ambicjonalnie, troszkę się podłamałem. Dałem sobie upust emocjom, nawet pewnym postanowieniom. Miałem delikatny zapis, ze jak przegram, to będę mógł się napić. Więc się napiłem. Teraz znowu jestem abstynent. Przez ten miesiąc zupełnie sie odizolowałem od boksu. Nic nie wiem. Nawet nie wiem, kto z kim boksuje. Nie interesowało mnie to. Nawet walki z Jenningsem  nie oglądałem. Komentarzy nie czytałem. To jest mój pierwszy wywiad.

- Poważnie?
Poważnie.  A na walkę raz z teściową, nawet nie walkę, tylko może na pierwsze trzy rundy Jenningsa, popatrzyłem. Do czasu jak nokdaun na dół dostałem. Człowiek żył tą pewnością siebie, dużo została powiedziane, wyszedłem do walki i okazało się, że jest inaczej. Może mnie to wszystko trochę przerosło. Nie ma co gadać o innych zawodnikach, bo wychodzisz, mija jedna, druga runda, a tu nie jest tak, jak ci się wydawało. Wiem, że pewnego poziomu bez ciężkiej pracy nie przeskoczę. To nie jest tak, że ja teraz nie wierzę w siebie. Mam, o czym myśleć. Bez oglądania wiem, że mi zabrakło pomysłu, patrzę, jeden, drugi, trzeci cios tylko na gardę wchodzi. Chciałem coś w tym naszym promowaniu, budowaniu zawodnika przełamać. Wydawało mi się, że Bryanta mogę pokonać. Pomyliłem się. W każdej rundzie Jennings zmieniał swój  styl, w jakims momencie już nie wiedziałem, co mam robić. Trener Łapin miał dla mnie plan A, B i nawet C, ale ja w ringu chciałem nagle wszystko pokazać, nie myślałem i nic nie pokazałem. W dziesiątej mogłem przecież też uciekać, by mnie nie znokautował, ale ja postawiłem wszystko na jedną kartę. Myślałem, że się uda.

- Czego zabrakło? Pierwsza rzecz, jaka ci przychodzi do głowy?
Nigdy tego wcześniej nie mówiłem. Nigdy go nie rozumiałem. Ale już teraz wiem, co czuł Andrzej Gołota. Wiem, jak inaczej się walczy, kiedy stawka jest wielka. Ja wychodziłem do ringu w Nowym Jorku, tak jak Gołota wychodził kiedyś do pierwszej walki z Riddickiem Bowe.  Czy później do Lennoxa Lewisa.  Myślałem, że Andrzej to taki świr, ale już wiem, że to wszystko się w głowie rozgrywa. Cały czas myślałem - co będzie jak ja przegram? Zamiast myśleć o taktyce, ta cała reszta psychiczna wzięła górę. Czułem, słyszałem tych kibiców – jak zawsze ale tym razem stawka był inna. Nie przeciwnik nie wiadomo jaki, bo to nie był Kliczko, bo wtedy byłaby przepaść. Tu nie chodzi o strach, bo ja się go nikogo nie boję, ale coś mnie psychicznie zblokowało, jak zobaczyłem, że w ringu jest inaczej niż myślałem. Każdy z nas może sobie wyobrażać presję - kibice czy ty, ktokolwiek, ale i tak nie macie pojęcia, o czym mówicie. Ale co się czuje wchodząc do ringu przy takich nazwiskach, takich stawkach, tego się nie da opisać. Serce wali jak dzwon. Przekonałem się na własnej skórze, że emocje mogą mnie zgubić. Mam nauczkę. Wiem, że jeszcze w Madison Square Garden zaboksuję. Oczywiście, jak wyeliminuję swoje błędy, bo jak nie, to już nigdy tam nie będę. Z drugiej strony, ja się takimi przegranymi nie załamuję. Wiele rzeczy w moim życiu się przegrało i ja teraz nie mówię o ringu. O życiu.

- Moim zdaniem przegranie tej walki w dziesiec rund dało ci sportowo więcej, niż jakby wszedł ci jakiś szybki mocny lewy w pierwszej lub drugiej rundy, Jennings by padł i walka by się skończyła. Amerykanie widzieli twój talent, wiedzą, że masz dopiero 24 lata.
Style robią walkę. Mówiłem o tym Furym, który pajacował z Cunninghamem; teraz pamiętając walkę z Jenningsem, też bym wiedział jak walczyć, ale po walce każdy jest mądry. Zresztą moim zdaniem jak Mansour nie znokautuje Cunninghama, to z nim przegra, bo Steve nie jest głupi. Nie ma co jednak myśleć o innych, tylko trzeba samemu trenować. Wiem, że jak tego trudnego okresu w mojej karierze mocno nie przepracuję, to nic z tego nie będzie. Albo chcę być mistrzem, albo chcę sobie tak tylko poboksować. Wiem, że dzięki kibicom, dzięki temu jak walczę, będę dostawał szansę dobrych pojedynków. Teraz już nie będę miał takiego pola do popisu, żeby sobie coś sam wywalczyć.

- ...bo promotor ci powie: "wywalczyłeś sobie Jenningsa i przegrałeś"...
No właśnie.  Żeby tylko nie było za spokojnie. Tego też nie chcę. Może się uda teraz jakiegoś Amerykanina ściągnąć, później w listopadzie brać Zimnocha. Tak naprawdę, ja bym tego Zimnocha chciał od razu. Ale przecież miałem tylko jeden trening. Szczerze - nie wiem, kiedy wyjdę na ring. Na razie chciałbym trochę poćwiczyć, przekonać się gdzie boksersko jestem. Fiodor Łapin mi powie, kiedy będę gotowy.

17 maja pojedynkiem na gali w Rzeszowie na ring miałby powrócić boksujący w kategorii ciężkiej Artur Szpilka (16-1, 12 KO) - poinformowało dziś Radio Rzeszów. Współpromotor "Szpili" Andrzej Wasilewski w rozmowie z ringpolska.pl potwierdził, że faktycznie przed wakacjami planowany jest kolejny pojedynek "Szpili", ale na chwilę obecną brak jest konkretów.

- 17 maja w ogóle nie wchodzi w grę, bo w tym dniu odbędzie się gala KSW. Artur najprawdopodobniej zaboksuje w pierwszej połowie roku, ale w teraz jeszcze nie mogę podać jeszcze żadnych szczegółów - powiedział Wasilewski.

24-letni Szpilka w swoim ostatnim występie, 25 stycznia, przegrał przez techniczny nokaut w dziesiątej rundzie z notowanym w czołówce rankingów królewskiej dywizji Bryantem Jenningsem.

907 tysięcy widzów śledziło średnio w Stanach Zjednoczonych pokazywany w HBO sobotni pojedynek Artura Szpilki (16-1, 12 KO) z Bryantem Jenningsem (18-0, 10 KO). Potyczka "Szpili" z Amerykaninem zgromadziła przed telewizorami ponad 130 tysięcy więcej widzów niż główna walka tej samej gali, czyli pojedynek Mikey Garcii z Juanem Carlosem Burgosem - poinformował na Twitterze Przemek Garczarczyk.

Sobotnia transmisja HBO zdecydowanie wygrała z równolegle pokazywaną galą grupy Golden Boy Promotions na antenie telewizji Showtime. Imprezę, której główną atrakcją było starcie Lamonta Petersona z Dierrym Jeanem, śledziło średnio 390 tysięcy widzów. Walka Szpilki z Jeninngsem zakończyła się wygraną Amerykanina przez techniczny nokaut w dziesiątej rundzie.

- Jestem zniesmaczony tym, co Artur Szpilka pokazał w walce z Bryantem Jenningsem, a raczej tym, czego nie pokazał. Tyle opowiadał o tym, jaki jest mocny, co zrobi z Amerykaninem, jak go znokautuje. I co? Sam padł na deski i to dwa razy - pisze w swoim najnowszym felietonie były mistrz świata dwóch kategorii wagowych Dariusz Michalczewski na temat sobotniej walki Artura Szpilki z Bryantem Jenningsem.

- Pojedynek z przeciętnym Jenningsem pokazał, że w przypadku Szpilki show przeważa nad umiejętnościami. Nie miał pomysłu jak pokonać Amerykanina, źle walczył. Opuszczał ręce, nie bił prawą, nie wiedział jak naruszyć rywala. Nie widziałem, by Jennings choć raz słaniał się na nogach. Ta porażka to dobra szkoła dla Szpilki. Ale też dla jego trenera i promotorów. Teraz chyba widzą, że za szybko wzięli taki pojedynek. Kliczko miał dużo więcej walk za sobą, gdy stawał do mocnych rywali. Nie wiem, czemu Szpilka i jego obóz nie mają w sobie cierpliwości. Zresztą wyczucia brakuje im nie tylko w dobieraniu przeciwników, lecz także oprawie walk Artura. Najpierw wychodził do ringu w stroju więziennym, teraz w majtkach z kokardką. Ludzie, zdecydujcie się – czy ma być grypserka, czy chippendales! Toż to trąci kiczem.

- Przecież ten Jennings jest strasznie surowy. Jako amator był nikim. OK, na zawodowych ringach jeszcze nie przegrał, ale też z nikim poważnym nie walczył. Wystarczyło parę ciosów na schaby i Szpilka miał dość. A przez te opuszczane non stop ręce w końcu doczeka się ciężkiego nokautu. Zanim Artur będzie chciał zawojować świat, powinien spotkać się ringu z Binkowskim albo Zimnochem. To są rywale dla niego. Nie wiem, dlaczego on i jego ludzie nie słuchają mądrzejszych, którzy mówili, że na takie pojedynki jak ten z Jenningsem jest jeszcze za wcześnie. Widocznie wolą słuchać tych, którzy im słodzą. Szkoda, bo zamiast pokory jest arogancja. A na tym źle się wychodzi.

Według 99 procent krytyków Artura Szpilki i jego promotora, Andrzej Wasilewski  nigdy miał nie zezwolić na walkę z Bryantem Jenningsem, bo przecież miał wiedzieć, że zniknie jego złoty cielec, szansa na zarabianie kasy nad Wisłą. Ten argument upadł jak po ciężkim nokaucie, kiedy duet Wasilewski/Leon Margules wszedł do Księgi Rekordów Guinnessa, w ciągu 72 godzin odwracając  dożywotni zakaz wjazdu "Szpili" do USA i robiąc wszystko, żeby Artur jednak zawalczył z Bryantem Jenningsem. Nikt nie powiedziałby im złego słowa, gdyby akcja Homeland Security/Konsulat USA w Warszawie się nie powiodła -  z wyjątkiem oczywiście tych chorych na głowę, którzy twierdziliby, że to latanie tam i z powrotem, też było planem spisku  mającego nie dopuścić do walki. Dla mnie nic lepszego niż porażka Szpilki, szczególnie z takim rywalem jak Bryant nie mogła się stać. Dlaczego, poniżej...

Jedno szybko i od razu: tak walczący Artur nie miał żadnych szans z Jenningsem. To po pierwsze. A po drugie, nie przegrał, przez jakiś jeden, mały element, tylko kilka. I to tych sporych. "Po dwóch rundach Jennings zobaczył co się dzieje, uśmiechnął się i zaczął ustawiać Artura w tym miejscu ringu w którym chciał. Wiedział, że jest silniejszy, ma lepszą kondycję i nie udaje, że ma obronę. Wiedział, że Artur nic mu nie może zrobić. Miał walkę w kieszeni, nie mógł jej przegrać " - to podsumowanie walki, które usłyszałem dziś od Doca Nicholsona i Olivera McCalla. Obaj trochę wiedzą, co to znaczy wykorzystywać na ringu przewagę siły i - szczególnie jeśli chodzi o McCalla - obrony.

Z tym co mówili, zgadzam się w 100 procentach. Także z tym, że ten styl, który ma Artur - niskiego schodzenia, balansu ciała połączonego z ciągłym ruchem, nie wymaga kondycji, tylko żelaznej kondycji. Bez tego nie ma co wracać na pięściarzy pokroju Jenningsa, którzy wiedząc, że nie mają nokautującego ciosu, nie mają 202 cm wzrostu, wiedzą też, że coś muszą mieć naprawdę ekstra. Więc Jennings ma kondycję i 100 procentowe wykorzystywanie swoich możliwości. Gdyby w sobotę Artur trafił na kogoś z mocnym ciosem, to walka skończyłaby się znacznie szybciej niż przed zapisanym w Compuboxie 151 "power punch" Jenningsa. Tylko, że  wtedy walka w MSG nie dałaby tyle dziennikarzom, kibicom,  trenerom czy wreszcie samemu Arturowi.

To ostatnie jest najważniejsze, więc zwrócę się bezpośrednio do niego. Artur - gdybyś przez następne dziesięć walk bił się tylko z Bryantem, pierwsze 2-3 przegrałbyś w takim samym stylu, albo gorzej. Postęp byłby dopiero później, więc przynajmniej przez następny rok, za każdym razem jak pomyślisz o karaniu za pyskowanie Fury'ego czy kilku innych - włącz taśmę z MSG!

Szpilka ma talent, charakter i serce do boksu, czego nie może nauczyć albo wbić w pięściarza żaden trener świata. Mam nadzieję, że przeżył porażkę bardzo mocno, bo to jedyny sposób by zostać championem. "Nigdy, nigdy nie potrafiłem akceptować porażki. Momenty z przegrywanych serii z Pistons, śniły mi się po nocach. Wystarczyło, że sobie o tym  przypomniałem, byłem na sali pół godziny wcześniej, zostawałem pół godziny później". To słowa Michaela Jordana. Opcja pesymistyczna, to ta, w której Artur założy, że on już tak naprawdę wszystko umie, albo umie prawie wszystko i będzie stał tam gdzie dziś, czyli przed drzwiami do wielkiego boksu. Optymistyczna to taka, że za rok Artur wyjdzie po roku harowania na kogoś pokroju Bryanta, popatrzy na niego zimno, bez wariactw, a później najpierw go metodycznie wymęczy, a na końcu zniszczy, trafiając nie jeden, ale 20 takich prostych jak na fotografii Wojtka Kubika.  Tak, jak zrobił to z nim 25 stycznia w Madison Square Garden Theatre prawie pięć lat starszy Jennings.

ISSN: 2082-9760

Najnowsze komentarze

Zapraszamy: