Patronat medialny


 



 

Rozmawiamy dokładnie miesiąc po walce z Łukaszem Różańskim. Walce, która miała dać ci przepustkę do starcia o pas.
Artur Szpilka: Każdy z nas ma ambicje, ja mam piekielnie duże. I taka przegrana z Łukaszem to dla mnie ogromny cios. Co jest najbardziej frustrujące? Że już tego nie cofnę. Że to wszystko się stało - to boli najbardziej. Nie wiem, dlaczego tak mam, ale to wciąż boli.

Że trzeba uznać wyższość rywala?
Rywala, czy moich błędów, które zaważyły - nie wiem. To się po prostu stało. Sparingi były świetne, forma naprawdę dobra. Mam kilka osób, z którymi rozmawiam po treningach, z którymi wymieniamy się urywkami sparingów. Oni widzieli jak to wyglądało. Mówili, że wszystko sztos, petarda. I widzisz, skończyło się to wszystko w pierwszej rundzie. Nie wiadomo dlaczego nagle stoisz, przyjmujesz bombę. Zrobiłem to, czego miałem unikać. Po naprawdę długich przygotowaniach.

Jaki mieliście pomysł na tę walkę?
Żeby zepchnąć go do defensywy, żeby się nie cofać. Ale pierwszy cios, on leży i jakby wszystko mi się odwidziało. Czy pójść, żeby go wykończyć, czy poczekać? Nie wiedziałem co robić. Na pewno miałem kategoryczny zakaz stania w miejscu. A stanąłem i on wtedy trafił. To był początek końca.

Co krzyczał twój trener?
Pierwszy raz w życiu zupełnie nie słyszałem trenera. Czy w hali było tak głośno? Możliwe. Pierwszy nokdaun, drugi. Nie wiedziałem o co chodzi. Myślę: poczekam. Zaraz będzie koniec rundy to jakoś dojdę do siebie. Ale później poczułem nogę (Szpilka upadając na deski zerwał więzadło w kolanie – przyp. red.). Było już za późno. Buch, buch, buch - trzeci raz leżę. I było po walce. Ludzie z mojego narożnika pomogli mi wstać.

Pełna treść artykułu w "Przeglądzie Sportowym" >>