onet.pl sport


ARTV Chicago


Przegląd Sportowy

Patronat medialny





 



{jcomments on}Dziś w "Archiwum polskiego kibica" przybliżymy nieco sylwetkę Romana Bugaja. Pochodzący z Krakowa zawodnik, utytułowany kickbokser, w 1999 roku rozpoczął trwająca kilka lat przygodę z boksem zawodowym. Ponieważ pojedynek z Enzo Maccarinellim - jedyny który udało nam się do tej pory zdobyć - nie oddaje w żaden sposób faktycznych możliwości i umiejętności Polaka, przedstawiamy wyjątkowo - oprócz samego nagrania z walki - obszerny wywiad z pięściarzem, w którym poruszyliśmy najważniejsze kwestie dotyczące całej jego kariery zawodowego boksera. Zapraszamy do lektury.

 

Prześledźmy całą pana zawodową, bokserską karierę od początku. W jakich okolicznościach rozpoczął pan karierę profesjonalnego pięściarza? Chodzi mi szczególnie o motywy. Szansa na zarobienie jakiś większych pieniędzy? Chęć spróbowania czegoś nowego po owocnej karierze kickboksera?

To było dla mnie coś nowego. Pojawiła się w pewnym momencie taka propozycja i uznałem, że jest to dla mnie wyzwanie.

Kto panu na samym początku kariery pomagał? Jakiś kontrakt menedżerski, promotorski?

Miałem podpisany kontrakt menedżerski z pewnym Amerykaninem (Garry Trevet – przyp. red.). W jakiś sposób pośrednikiem między mną a nim był Przemysław Saleta. Amerykański menadżer szukał mi w międzyczasie promotora i udało się nawiązać w pewnym momencie współpracę z Cedrickiem Kushnerem (dzisiaj promotor Davida Tua – przyp. red.).

Cała reszta wywiadu oraz walka Bugaj - Maccarinelli >>

Właśnie. Wyjazd do Stanów. Skąd w ogóle taka idea?

To był taki moment, że nasz rodzimy boks zawodowy zaczął się jakoś rozwijać. Ja, Maciej Zegan i Tomasz Adamek dostaliśmy w pewnej chwili propozycję od Andrzeja Gmitruka. Otworzyła się możliwość walk w Anglii, na galach Eliadesa. Równocześnie dostałem wtedy propozycję wyjazdu do USA. Znajomi ze środowiska kickboxingu namawiali mnie, żeby związać się z panem Gmitrukiem. Miałem więc spory dylemat. Ostatecznie zdecydowałem się na USA, a wpływ na to miał na pewno Przemysław Saleta. Zarówno on, jak i ja, wywodziliśmy się z kickboxingu, pan Andrzej związany był mocno z boksem amatorskim. Salecie było chyba łatwiej na mnie wpłynąć, Zegan i Adamek podążyli za Gmitrukiem.

Jak wyglądała ta amerykańska rzeczywistość? Chodzi mi głównie o aspekt finansowy...

Pod tym względem wszystko było ok. Miesięczna pensja dwa tysiące dolarów. Jakieś małe mieszkanie można było spokojnie wynająć, do tego walki: za te pierwsze cztero, sześciorudnowe pojedynki - od trzech do sześciu tysięcy dolarów. Całkiem sporo jak na tamte czasy.

Przejdźmy do samych walk. Były gale organizowane przez Kushnera, był turniej Thunder Box, były też dwie pierwsze porażki w karierze...

Tak. Na samym początku rywale byli łatwiejsi, wiadomo zawodnika na tym etapie powinno się prowadzić ostrożniej. Pierwsza porażka? No cóż.... Walka z pięściarzem dosyć przeciętnym, czarnoskórym Amerykaninem (Ron Brown – przyp. red.), miałem go chyba na deskach w pierwszej rundzie, ale przegrałem głównie przez braki kondycyjne. Zaniedbałem się trochę przed tym pojedynkiem, tak to czasem w karierze sportowca bywa... Później chcieli mnie już sprawdzić na poważnie i zorganizowali starcie z niepokonanym wcześniej, odpowiednio prowadzonym Donnellem Wigginsem. Miałem go już mocno naruszonego, ale wyraźnie chciano go oszczędzić. Z powodu jakiegoś rozcięcia przedwcześnie pojedynek przerwano i ogłoszono techniczny remis. W końcu, mój ostatni pojedynek w USA, zakończony drugą przegraną w karierze. Historia podobna, jak w przypadku pierwszej porażki. Duże zaniedbania przed walką, co w efekcie odbiło się na formie i kondycji....

A jak pan ogólnie wspomina swój pobyt w Stanach?

Trochę nie mogłem się tam odnaleźć. Siedziałem często sam na Florydzie, miesiąc, półtorej miesiąca przed daną walką, nie miałem za bardzo możliwości nawiązać jakiś bliższych kontaktów. Trudno mi było to wszystko jakoś poukładać.

Gdy wyjeżdżał pan do USA, ciągnęła się gdzieś za panem wizja takiego “American dream”? Wiadomo Ameryka, kolebka boksu, wielcy zawodnicy, wielkie walki, nadzieja na piękną i owocną karierę?

Tak, coś w tym jest. Czułem się gdzieś ponadto w pewien sposób wyróżniony, kickbokser, bez kariery amatorskiej w boksie, dostaje szansę w USA... To “wyróżnienie” też gdzieś wpłynęło na moją decyzję, pomyślałem, że nie ma sensu “pękać”.

Pojawiały się swego czasu głosy, że być może ten pobyt w Ameryce i praca z tamtejszymi trenerami niekoniecznie wyszła panu na dobre. Europejska i amerykańska szkoła boksu jednak różnią się w wielu kwestiach...

Nie, nie. Jest taka obiegowa opinia, że w Stanach uczą boksu na swój sposób, ale przede wszystkim wiele zależy od trenera. Tam gdzie trenowałem, pojawiał się na treningach m.in. Angelo Dundee. Wprawdzie na co dzień zajęcia prowadził ktoś inny, ale Dundee zjawiał się w gymie i pomagał niektórym chłopakom.... To bardziej zależy od podejścia szkoleniowca. Pamiętam, że mieli swojego pupilka, pewnego Szweda (Atilla Levin – przyp. red.), który tam wówczas trenował i któremu poświęcano najwięcej uwagi. Wszyscy go “ciągnęli mocno za uszy”, miał być niby takim drugim Alim... Na treningach może i wyglądał dobrze, ale tylko na treningach. Później jakoś słuch o nim zaginął, podobno przez narzeczoną. Ponoć to ona go zgubiła, biała Szwedka, biała jak śnieg... (śmiech).

Rok 2001, to powrót do Polski i udział w galach ówczesnej Hammer Knockout Promotion....

Skończył mi się kontrakt z amerykańskim promotorem, wprawdzie ciągle byłem związany ze swoim menadżerem, ale mogłem podpisać umowę z nową grupą promotorską. Dostałem propozycję od pana Andrzeja Wasilewskiego i z niej skorzystałem.

Po dwóch walkach w ojczyźnie, pierwszy wyjazd do Niemiec. W roli rywala, prospekt boksujący w grupie Sauerlanda, Cengiz Koc...

Nie pamiętam już dokładnie, kiedy się dowiedziałem o tej walce, ale raczej stosunkowo późno. Jakiś tydzień, może dwa przed. Cóż, przegrałem na punkty w Niemczech... Walka była dosyć równa, pewnie gdybyśmy walczyli poza terenem Niemiec, to ja zostałbym ogłoszony zwycięzcą.

Pojedynek z Samil Samem, odbył się na tej samej gali, podczas której Przemysław Saleta zdobył swój tytuł mistrza Europy. Jak pan wspomina swoją walkę z ówczesną nadzieją grupy Universum?

O pojedynku z Turkiem wiedziałem już odpowiednio wcześniej, więc mogłem się optymalnie przygotować. Wszystko dobrze się zaczęło, pierwszą rundę wygrałem, później walczyłem jak równy z równym, ale niestety w końcu mnie trafił... Nie widziałem tego uderzenia. Zasłoniłem sobie pole widzenia gardą, wszedłem na niego, on wyprowadził bodajże prawy podbródkowy...

Cztery miesiące później znów wizyta u naszych zachodnich sąsiadów i przegrana z Rumunem Constantinem Onofreiem....

Na pojedynek zgodziłem się parę dni przed. To był już czas, gdy mocno “na luzie” zaczynałem podchodzić do wszystkiego.

Po piątej w karierze porażce, dwuletni odpoczynek od boksu. Powodem konflikt z amerykańskim menadżerem i w zasadzie brak możliwości rozwiązania ciągle obowiązującej umowy?

Cóż trzeba było przeczekać. Odpowiednie instytucje zostały poinformowane, że mam ciągle obowiązującą umowę i do jej zakończenia nie mogę wystąpić w oficjalnej walce.

Sama końcówka kariery, to już walki na telefon, brak motywacji....

No tak, pojedynki na telefon - los wolnego zawodnika, bez menadżera, bez promotora, kwestia odebrania telefonu i wyrażenia bądź niewyrażenia zgody na pojedynek i zarobienia jakiś tam pieniędzy.

Jest pan w stanie określić taki moment w swojej karierze, kiedy Roman Bugaj tak naprawdę stracił szanse na dużą karierę, gdy rozpoczęła się już równia pochyła?

Hmm... Chyba już po tej drugiej porażce w Stanach, gdy przegrałem w Las Vegas z Hatcherem...

Różnie to bywa i różnie bywało na naszym podwórku, jeśli chodzi o zarobki bokserów. W pana przypadku dało się wyżyć z samego boksu?

Oczywiście, że tak. Dopóki ma się kontrakt, boksuje się w miarę regularnie, to nie ma z tym większego problemu. A jeśli uda się gdzieś przebić do czołówki, to i odłożyć na przyszłość jakieś pieniądze można. Nie trzeba być nawet kimś pokroju Adamka, żeby całkiem przyzwoicie zarobić. Trzeba tylko solidnie podchodzić do swojej pracy, być zawodowcem...

Pod koniec zeszłego roku pojawił się temat pana ewentualnego powrotu na ring, jednak kontuzja pokrzyżowała plany?

Tak, uraz uniemożliwił mi walkę, zresztą to nie był dla mnie najlepszy czas pod względem zdrowotnym. Jednak opcja mojego powrotu zawsze może się jeszcze kiedyś pojawić...

Jeśli chodzi o warunki fizyczne, to nie był – nazwijmy to umownie - “rasowym ciężkim”. Gdyby limit kat. cruiser w momencie, kiedy pan zaczynał, nie wynosił 190 funtów, a tak jak dzisiaj – 200, to pewnie mógłby się pan w takiej kategorii wagowej lepiej odnaleźć i lepiej wykorzystać swoje atuty...

Jeśli chodzi o budowę fizyczną to byłem kimś z pogranicza tych kategorii wagowych. Zbijanie do ówczesnego limitu cruiser byłoby dla mnie bardzo ciężkie. Jeszcze za czasów kickboxingu, udawało mi się zejść poniżej 86 kg, ale w boksie - na dłuższą metę - raczej by się to nie powiodło. Zresztą menadżerowie w Stanach upierali się, że muszę walczyć w ciężkiej, bo się lepiej sprzedaje. Gdybym miał okazję od początku występować w dzisiejszym limicie junior ciężkiej, to cóż, pewnie faktycznie mogłoby to wyglądać lepiej... Moją zaletą zawsze był silny cios i w lżejszej wadze, miałby pewnie większą siłę rażenia.

Żałuje pan jakiejś decyzji podjętej w swoim sportowym życiu?

Sprawa tego amerykańskiego kontraktu... Cóż mogłem wybrać inaczej, miałem okazję wybrać inaczej. Przede wszystkim ja nie chciałem przeprowadzać się na stałe do USA, mówiłem o tym jeszcze przed podpisaniem kontraktu, ale same słowa im chyba nie wystarczały. Upierali się przy tej przeprowadzce, a mnie to wszystko jakoś zbytnio stresowało: formalności, zielona karta etc. Po pół roku zaczęli wręcz wymagać abym zamieszkał na stałe w Stanach, ale ja nie chciałem. Przyjeżdżałem do USA miesiąc, sześć tygodni przed pojedynkiem, trenowałem i po walce wracałem do Polski. Nie czułem się tam dobrze. To wszystko wpływało gdzieś negatywnie na moją psychikę, a co za tym idzie - na samopoczucie, podejście do treningów, było też zarzewiem konfliktów jakie się wywiązały z menadżerem....

Rozmawiał: PRZEMYSŁAW MRZYGŁÓD

 

 http://www.youtube.com/watch?v=Vh7G6NmWKHY