Patronat medialny


 



- Spadł mi kamień z serca. To definitywny koniec kariery Andrzeja. Ta walka była takim podsumowaniem jego kariery. Andrzej w ostatnich miesiącach zdał sobie sprawę - jako sportowiec - z tego, że przygotowanie do dwunastorundowego pojedynku wymagałoby ostrych treningów przez cztery-pięć miesięcy. A takiego reżimu nie wytrzymałby jego organizm. Tym samym koło się zamknęło - powiedziała Mariola Gołota, żona znakomitego pięściarza Andrzeja Gołoty, po pożegnalnej walce męża z Danellem Nicholsonem w Częstochowie.

Tomasz Kalemba: Spadł pani kamień z serca po tej ostatniej walce męża?
Mariola Gołota: Tak. Ta walka teoretycznie miała być pokazowa, spokojna i ładna. Chyba jednak nikt tak do końca nie wierzył w to, że właśnie tak będzie. Wystarczyłaby mała iskra zapalna i obaj panowie mogliby rozpocząć walkę jak przed szesnastu laty. Dlatego zarówno ja, jak i żona Danella Nicholsona, byłyśmy takie trochę przerażone, a kiedy to się skończyło, to byłyśmy szczęśliwe i zadowolone.

Nerwy były takie same jak w czasie walk o stawkę?
Zawsze są nerwy, kiedy mąż wchodzi do ringu. Tyle tylko, że przy tych poważnych walkach zaczynały się one znacznie wcześniej. W starciu z Nicholsonem pierwszy raz w życiu wyszłam z szatni do ringu z Andrzejem. Nigdy wcześniej mąż się nie zgodził na to.

Większe wzruszenie było, kiedy widziała pani męża w ringu w czasie pożegnalnej walki, czy kiedy słyszała niesamowite owacje na cześć Andrzeja Gołoty?
Cieszyłam się z tego wspaniałego dopingu, ale też od razu pomyślałam, że im jest on większy, tym Andrzej będzie chciał się bardziej pokazać. Nie chciałam, żeby w ringu zaczęła się wojna. A do tego wystarczy sekunda.

Czy w tych ostatnich godzinach przed walką mąż był bardzo zdenerwowany?
Nie. Był jednak rozdrażniony, bo zmagał się z przeziębieniem. Nie chciał brać antybiotyków, żeby nie osłabić organizmu. Nie ukrywam, że martwiłam się trochę o to, żeby choroba go nie rozłożyła.

Podobało się pani pożegnanie męża z ringiem?
To było najpiękniejsze pożegnanie, jakie widziałam. Wszystko było znakomicie zorganizowane i do tego ta publiczność.

Andrzej Gołota zostawił sobie jakąś furtkę czy to jest jednak definitywny koniec jego kariery?
Myślę, że definitywny koniec. Ta walka była takim podsumowaniem jego kariery. Andrzej w ostatnich miesiącach zdał sobie sprawę - jako sportowiec - z tego, że przygotowanie do dwunastorundowego pojedynku wymagałoby ostrych treningów przez cztery-pięć miesięcy. A takiego reżimu nie wytrzymałby jego organizm. Tym samym koło się zamknęło.

Macie już zaplanowaną przyszłość?
Tak. Życie z dnia na dzień. A może los nam coś przyniesie, bo Andrzej ma do tego szczęście. Liczę zatem na niego (śmiech).

A może rola trenera to zadanie dla Andrzeja Gołoty?
Jeśli Pan Bóg ześle mu takiego chłopaka, u którego Andrzej zobaczy błysk w oku i straszliwą ambicję, to myślę, że zająłby się albo prowadzeniem treningów, albo w charakterze menedżera. Na pewno sprawdziłby się w boksie od tej innej strony, bo przecież przeszedł tę całą drogę. Może kiedyś w gymie, albo na jakiejś gali, ktoś taki wpadnie w oko Andrzejowi. To musi być jednak osoba, która nie boi się poświęcić na trening dwanaście godzin dziennie, bo Andrzej właśnie tak trenował. Mąż najbardziej by się ucieszył, gdyby to był zawodnik z Polski.

To znaczy, że częściej będziecie teraz bywać w Polsce?
Na pewno będziemy przyjeżdżać do kraju, bo dla Andrzeja każda wizyta w Polsce to jest dla niego ogromna radość. Uwielbia spacerować po ulicach Warszawy.