Patronat medialny


 


- Dostałem propozycję walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej z Witalijem Kliczką i mogłem zamienić pas EBU na pas WBC. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej oferty. Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób - mówi w rozmowie z Po Gongu Albert Sosnowski (48-7-2, 29 KO).

Na wstępie ustalmy, Albert Sosnowski to już były pięściarz czy jeszcze nie zawiesił pan rękawic na kołku?
Albert Sosnowski: Wiem, że przez całe życie nie mogę być bokserem i że najlepsze lata mam już za sobą, ale nie powiedziałem jeszcze stop. Ostatnio pan dyrektor Marian Kmita powiedział mi, że być może będę mógł wystąpić na gali Polsat Boxing Night. Konkretna propozycja nie padła, ale gdy taka się pojawi, chętnie podejmę rękawicę. Cały czas jestem w treningu, potrzebuję kilku tygodni na przygotowania i mogę walczyć.

Jakieś nazwiska potencjalnych rywali chodzą panu po głowie?
W polskiej wadze ciężkiej jest spory wybór. Mariusz Wach, Tomek Adamek, Andrzej Wawrzyk czy Krzysztof Zimnoch. Czuję się na siłach, żeby wejść do ringu z którymś z nich. Formuła pojedynków polsko-polskich jest bardzo atrakcyjna i myślę, że moje nazwisko mogłoby przyciągnąć widzów na trybuny.

Jest pan kolejnym pięściarzem, któremu trudno zejść z ringu.
Od 1998 roku, czyli zaraz po skończeniu szkoły średniej, zacząłem boksować na zawodowych ringach. Nic innego nie robiłem, dlatego trudno jest tak z dnia na dzień powiesić rękawice na kołku. Boks to pewnego rodzaju nałóg. Człowiek potrzebuje tych emocji, adrenaliny i samodyscypliny wewnętrznej. Tego brakuje po zakończeniu kariery, ale mam świadomość, że czas mi ucieka i nie chce robić niczego na siłę. Nie interesuje mnie nabijanie komuś rekordów.

Zawodowy kontrakt podpisał pan w wieku 19 lat. Czy nie nastąpiło to zbyt wcześnie?
Nie, bo nie miałem za sobą żadnej kariery amatorskiej. Byłem kick-bokserem, który osiągał duże sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Dostałem propozycje walk w boksie zawodowym i podpisałem kontrakt. Wiedziałem, że to może być dla mnie przygoda życia, choć nawet nie wiedziałem, z czym to się je. Z perspektywy czasu nie żałuję tej decyzji, bo miałem okazję tworzyć historię polskiego boksu zawodowego.

Początki były trudne?
Pierwszy rok był bardzo intensywny, bo stoczyłem aż dziesięć pojedynków, czyli wchodziłem między liny praktycznie raz w miesiącu. Chciałem jak najszybciej złapać trochę doświadczenia. Później tych walk było już trochę mniej. Z perspektywy czasu myślę, że lepiej wolniej wprowadzać młodych pięściarzy do zawodowego boksu. W drugim pojedynku skrzyżowałem rękawice z Andrzejem Dziewulskim, który miał ponad 100 walk amatorskich, z czego większość zwycięskich. Nie dawano mi zbyt wielu szans, ale dałem radę i wygrałem. Tydzień później, po paru dniach odpoczynku, walczyłem na gali Andrzeja Gołoty. Hala Stulecia we Wrocławiu była wypełniona po brzegi. To były początki boksu zawodowego w Polsce. Ludzie przyszli na pojedynek Gołoty z Timem Witherspoonem, a ja walczyłem wtedy z Rene Hanlem, który był bardzo niewygodnym rywalem. Po zwycięstwie we Wrocławiu zaczął się dla mnie inny świat. Mówiono o mnie, że jestem następcą Gołoty. Teraz to może trochę śmieszyć, ale wtedy była to dla mnie wielka sprawa. Przez moment miałem nawet poczucie, że nikt nie jest mnie w stanie pokonać, ale sodówka nie uderzyła mi do głowy. (...)

Jak wyglądały negocjacje do walki z Kliczką?
Nie brałem udziału w negocjacjach, ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Media rozpisywały się, że dostałem za tę walkę wielką gażę. Tort może i był duży, ale dla mnie przeznaczony był tylko jego kawałek, bo do podziału było kilka osób. Wziąłem, ile dawali. Nie miałem takiej pozycji, żeby podbijać i negocjować gażę. Widocznie sztab Kliczków uznał, że dobrze robi się interesy z Polakami, bo później z Ukraińcami walczyli jeszcze Tomek Adamek i Mariusz Wach.

Ile razy oglądał pan powtórki pojedynku z Witalijem? Dało się wtedy ugrać coś więcej?
Powtórki oglądałem z cztery albo pięć razy. Czy dało się zrobić wtedy coś więcej? Trudno powiedzieć. Wierzyłem w siebie i nie interesowało mnie to, że eksperci nie dawali mi żadnych szans. Na początku walki miałem uważać na huraganowe ataki Kliczki, miałem trafiać na dół i dopiero w drugiej części pojedynku mocniej zaatakować. Witalij bardzo ostrożnie do mnie podszedł, bo widział, że kipi ze mnie energia. Ukrainiec był bardzo trudny do trafienia, a z każdym jego ciosem moja pewność siebie gasła. Wymęczył mnie techniką, jego ciosy się odłożyły i przegrałem przed czasem. To był szok dla obserwatorów, że tyle rund z nim wytrzymałem. Choć walka nie była zbyt emocjonująca.

Cała rozmowa z Albertem Sosnowskim na pogongu.wordpress.com >>