Patronat medialny


 


Schmeling boksBohaterem opublikowanej w 1935 r. przez Jana Balla (zapewne pseudonim dziennikarza "Przeglądu Sportowego") powieści o prawdziwym tytule "Pięścią zdobędę świat", jest sam Max Schmeling. Pięściarz, który swoją ringową postawą miał zaświadczyć o potędze nazistowskich Niemiec; przez pewien czas idol samego Adolfa H. Mistrz Niemiec, Europy, wreszcie światowy champion wagi ciężkiej, zwycięzca Younga Striblinga, Jacka Sharkey’a ( z którymi również poległ), wreszcie samego Joe Louisa - przez nokaut w 12. rundzie. Zapraszamy do lektury (część pierwsza tutaj >>).

"Pociąg był przepełniony. Schmeling, przepraszając co chwila, dwukrotnie przesunął się wzdłuż korytarza. Właśnie druga klasa była najbardziej zatłoczona. Powinien był przewidzieć, że tylko część amatorów boksu opuści Hamburg natychmiast po nokaucie Hamasa; większość opóźniała powrót, bo musiała oblać w St. Pauli zwycięstwo swojego faworyta. Potem w domu będą opowiadać "zwiedzaniu miasta"...

Nad szarymi kanapami drugiej klasy wisiały numery miejscówek. Coupes były zarezerwowane przez ludzi przewidujących z góry. Tylko on jeden, bohater meczu, wałęsał się bezradnie po korytarzu.
- Servus Max! Guten Abend Herr Schmeling!
Ludzie go poznawali, on nie znał nikogo. Byli to typowi "znajomi z ringu", zabawne snoby, które z pewnością będą przez całe życie opowiadać o zażyłych stosunkach z Maxem. Każdy z nich zapłaciłby podwójną cenę biletu, byle Schmeling pozwolił mu wstać i ustąpić sobie miejsca, ale wygoda była okupiona ceną zbyt wysoką. Byłoby trzeba zawrzeć z bubkiem znajomość, a potem opowiadać przez całą drogę o walce... Lepiej już trzy godziny postać.

Schmeling zajął miejsce na platformie wyjściowej. Pociąg mijał część fabryczną miasta portowego. Przez okno widać było niekończące się betonowe płoty, za którymi nie było za grosz roślinności; wielkie puste podwórze, ale dla ochrony przed złodziejami jaskrawo oświetlone; czerwone pnie kominów, których czubki niknęły w nocy. Olbrzymie składy, wyskakujące spod ziemi tuż obok toru i niknące na najbliższej zwrotnicy... Cały ten świat, którego głęboko nienawidził, a który teraz go żegnał na rozpoczętą ucieczkę.
Ucieczkę? Przed kim, po co?
Dzisiaj, właśnie dzisiaj, kiedy konsekwentnie realizował swoje najskrytsze plany, miałby uciekać? Nonsens, histeria, przemęczenie! Nie ma żadnej ucieczki, nie ma żadnych uchyleń od ustalonej linii. Jest tylko chwilowa zmiana planów.
- Zapalmy papierosa...

Z tym papierosem to też zabawna historia. Schmeling nigdy nie używał nikotyny. Szkodziła płucom, obniżała bojowe kwalifikacje, osłabiała jego szanse - a więc rzecz zrozumiała, nie było nań miejsca w jego programie życiowych atrakcji. Ale kiedyś, kiedy jego życie nie było tak przemyślane, tak zorganizowane, lubił się od czasu do czasu sztachnąć. Właśnie wtedy nauczyciel nakrył go na gorącym uczynku pochłaniania papierosa w szkolnej toalecie. Wbrew oczekiwaniom- nie było awantury, nie było wezwania matki, ani negatywnej oceny ze sprawowania. Skończyło się bardzo pogodnie: trzeba było złożyć tylko przyrzeczenie, że już nigdy więcej, nigdy...

W młodym wieku obietnice daje się łatwo; co ciekawsze- w młodym wieku obietnic się łatwiej dotrzymuje. Abstynencja przyszła Schmelingowi bez trudu ( nigdy nie palił nałogowo), ale papieros zrósł się odtąd w jego umyśle z pojęciem słodkiego, a niedozwolonego odurzenia. Kiedy chciał się zastanowić nad czymś poważnie, oderwać się od rzeczywistości - zamykał oczy, poruszał wargami, zapadał w pewnego rodzaju nirwanę, którą nazywał paleniem papierosa - bez papierosa. Nawiasem mówiąc, ten stan doprowadzał Anny do najwyższego szału...
Anny... Ta piękna, miła, wesoła dziewczyna stanowiła jeden z powodów, dla których świat wydawał mu się mały i nieciekawy. Jej największym błędem była bezustanna chciwość jego towarzystwa. Niepodobna się było od niej ustrzec, odizolować, niepodobna było znaleźć wolnego kąta, ani cichej godziny...
Czy ją jeszcze kochał?
A cóż to za naiwne pytanie! Nie życzył sobie dawać nań odpowiedzi. Nie chciał odważyć się, by nie być zmuszonym do powzięcia decyzji, która sprowadziłaby na jego głowę dalsze kłopoty.
W każdym razie czuł potrzebę odpoczynku, całkowitego odosobnienia.

Zajrzał jeszcze do depeszy, do jedynej depeszy, którą zabrał ze sobą z setek nadesłanych do Hamburga.
"Serdecznie winszuję zwycięstwa, mam nadzieję, że wkrótce pogratuluję następnego, decydującego. Zrobiłbyś dobrze wybierając się teraz na dziki, z którymi nie mogę sobie dać rady. W Borzęciczkach nikogo poza Zofią nie ma. Spokojnie, idealny wypoczynek. Gorąco zapraszam.
Stolberg- Wernigerode
Borzęciczki- Krotoszyn”.

To była oaza, której potrzebował! Dziesięć dni pobytu w Borzęciczkach w 1933 roku podziałały na jego psychikę, jak ożywcza kąpiel. Z fuzją na ramieniu, w głębokich polskich borach, z dala od ludzi zdobędzie nowe siły.

I wreszcie zobaczy Sophie, która tak zabawnie protestowała, gdy nazywano ją z niemiecka. Sophie tak różną, tak inną od narzucającej się Anny.
- Podajemy kolację! Państwo pozwolą do wagonu restauracyjnego.
Prawda, że był tu wagon Mitropy! Najrozsądniej było ulokować się tam od razu!
Biały kelner giął się w pas i prosił, by mu pokazać, jaki ciosem sprowadził Hamasa na deski. Sąsiedzi patrzyli na niego z podziwem i niedowierzaniem. Miał dość tej adoracji! Zasłonił się gazetą i bokiem obserwował mijające stacje.

Miał również - prawdę mówiąc- dosyć boksu! Dosyć całego reżimu, całego męczącego trybu życia, dosyć poświęceń i wyrzeczeń, czynionych w niewiadomym celu i nieznanym kierunku.
Więc dobrze: dopiął swego, zwyciężył, wygrał! I co z tego? Czy był szczęśliwy? Po stokroć- nie!
Cóż dał mu ten triumf? Sławę?- Trzydniowy rozgłos! Pieniądze?- Akurat na pokrycie długów i organizację nowego treningu. Zadowolenie? – Ależ dzisiaj, w 24 godziny po zwycięstwie był bardziej rozgoryczony, niż kiedykolwiek.
Kazano mu marzyć o zwycięstwie nad Neuselem. Wypełnił tym sobie sześć tygodni. Potem polecono mu nastawić się na rewanż nad Hamasem. Poświęcił na to dwa miesiące. Teraz znowu każą mu myśleć o Braddocku...
Co go obchodzi Braddock? Żeby powiedziano - Baer! Wie, że jeszcze raz potrafiłby zmobilizować swoją ambicję i wypełnić życiową pustkę myślą o mistrzostwie świata. Ale dlaczego ma się bić z tym łachem? I w jaki sposób, w imię czego ma zmusić się do pracy bokserskiej? Bunt! Bunt przeciwko Anny. Bunt przeciwko otoczeniu. Bunt przeciwko idiotycznej Komisji Nowojorskiej, która przypuszcza, że w nieskończoność będzie ustawiać mu przeszkody przed mistrzowską metą. Wyjedzie, odpocznie, odetchnie. To mu się słusznie należy. A z Braddockiem walczyć nie będzie! Z pierwszym lepszym, ale nie z kandydatem nowojorskiej kliki. Z Petersenem, z Paolino, z Louisem, nawet z diabłem!

Nauen, Spandau minęli bez zatrzymania. Co chwila wypadali z murów w perspektywę ulicy, obstawionej jasnymi lampami. Ruch był w najlepsze, mimo, że zegary wskazywały "godzinę duchów". Przejechali nad czarną Szprewą i zastygli w szklanej hali. Trzeba było wysiadać.

Schmeling dał się ubrać, podniósł kołnierz palta (znowu leje!). Do domu, a rano w dalszą drogę do Poznania!
- Herr Schmeling! Herr Schmeling!
- Proszę.
- Szukają pana. Przyszła depesza!
Po peronie niespokojnie chodził listonosz z transparentem, na którym napisane były dwa słowa “Max Schmeling”.
- Telegramme! Telegramme, Herrschaften!
- Jestem Schmeling. Skąd depesza?
- Nie trzeba dowodu - ucieszył się poczciwina. Przecież wszyscy pana znamy! Ich gratuliere Ihnen schoenen sieg! Depesza z Monachium.
Rozerwał żółtą kopertę. Depesza była krótka.

"Nie zgadzam się na wyjazd do Polski. Pozostań w Berlinie albo przyjedź do mnie, inaczej katastrofa.
Bardzo nieszczęśliwa
Anny"

Max zamknął dloń. Telegram zmienił się w małą kulkę. Podszedł do najbliższej taksówki.
- Krumme Lanke 46.
- Do matki, panie Schmeling? Jak się cieszę, że pan wygrał! W takiej formie mistrzostwo świata murowane! Boże, jaki pa szczęśliwy...

cdn....

Opracował: Krzysztof Kraśnicki, colma1908.com{jcomments on}